Pomerania X 2007: spis treści

Pomerania X 2007

2. Listy i polemiki

W lipcowo-sierpniowym numerze „Pomeranii”, w felietonie Andrzeja Grzyba „Strach ogórkowy”, można było przeczytać następujące zdania: „Jednym z następstw już widocznego gołym okiem ocieplenia klimatu jest m.in. zmniejszanie się lodowców od Patagonii do Grenlandii. Skutkiem tego globalnego topienia będzie podniesienie się poziomu wody w morzach i oceanach średnio od 0,5 do 2 m. Zmianie ulegną linie brzegowe kontynentów. Nasz Hel pewnie znowu stanie się wyspą” [podkreślenie – T.K].
Mit o Mierzei Helskiej i o Helu jako wyspie ciągle zajmuje znaczące miejsce w naszej świadomości. Skąd biorą się takie przekonania? Być może rację ma dyrektor Muzeum Ziemi Puckiej, Mirosław Kuklik, który w „Roczniku Helskim” (2000 r.) stwierdził: „Półwysep Helski od dawna wzbudzał zainteresowanie badaczy i podróżników. Ten wyizolowany, wchodzący głęboko w Zatokę Gdańską skrawek lądu, wytworzył środowisko, które zawsze fascynowało przybyszy z głębi kraju”. A z fascynacji tej rodziły się w różnych okresach rozmaite mity i półprawdy dla potrzeb szerszej społeczności. (więcej w „Pomeranii”)
Tadeusz Klajnert

4. Robert Krzywdziński, Najstarsze fajki gdańskie

12. Leszek Szymański, Nowe dochody na pomorskiej wsi

14. Zbigniew Gach, Urodzony przy plaży

Leon Skelnik, jeden z pionierów polskiego rybołówstwa dalekomorskiego, urodził się w przedwojennej Gdyni jako wnuk i syn kaszubskich rybaków przybrzeżnych. Z łowienia ryb utrzymywali się jego dziadek Jan i ojciec Franciszek, ale szersze, udokumentowane dzieje gdyńskiej rodziny Skelników sięgają trzech wieków.
Prezentowany fragment przeprowadzonego przez Zbigniewa Gacha wywiadu-rzeki, który u progu 2008 roku ukaże się w wersji książkowej, dotyczy lat 1927-1939. (więcej w „Pomeranii”)

20. Edmund Szczesiak, Japończyk mówi po kaszubsku

Z języków obcych zna angielski, rosyjski, serbski, czeski. A także polski i… kaszubski. Tym ostatnim nie włada jeszcze biegle, ale bez trudu czyta teksty, a i potrafi zadziwić zdaniem wypowiedzianym z niezwykłą troską o prawidłową wymowę.
Motoki Nomachi jest Japończykiem, absolwentem uniwersytetu w Tokio. Studiował tam filologię rosyjską. Program obejmował zajęcia ze slawistyki – wykłady o języku, literaturze narodów słowiańskich. O Kaszubach i języku kaszubskim usłyszał jednak dopiero później – w Warszawie, gdzie po ukończeniu studiów w Tokio przez dwa lata pracował na Uniwersytecie Warszawskim jako lektor języka japońskiego. A jednocześnie uczęszczał na ciekawsze zajęcia na slawistyce. Profesor Janusz Siatkowski zalecił studentom lekturę fragmentów tekstu kaszubskiego zapisanego przez prof. Kazimierza Nitscha. W ten sposób Nomachi po raz pierwszy zetknął się z kaszubszczyzną. (więcej w „Pomeranii”)

21. Kazimierz Ostrowski, Sałatka borowiacka (felieton)

„Umiłowanie ziemi rodzinnej nie powinno prowadzić do mylnego patriotyzmu zaściankowego, do nienawiści innych ziem i ludów polskich, lecz przeciwnie – powinno nas jak najbardziej łączyć”. Nieprzypadkowo te słowa ks. Bernarda Sychty, badacza kultury Borów Tucholskich, umieściła Maria Ollick jako motto swej książki pt. „Maltych i grapa”.
Jest to dzieło przedziwne i arcyciekawe. Smakowity i pożywny maltych, ugotowany w jednym garnku, czyli grapie. Składniki tego posiłku wymienione są z grubsza w podtytule: „Tradycja, specjały kuchni i inne ciekawostki z Borów Tucholskich”, choć nie oddaje on różnorodności i bogactwa treści. Wszystkiego jest w tym garnku po trochu: nazwa, terytorium, przeszłość, życie i praca mieszkańców, strój, kuchnia borowiacka, kultura duchowa, folklor literacki, m. in. przysłowia, zagadki, przyśpiewki, legendy, opowiadania – z tych zaś część w gwarze borowiackiej. Są teksty znakomitych historyków regionu – ks. Stanisława Kujota, ks. Romualda Frydrychowicza (obaj tucholacy!), są też rzeczy anonimowe, a przede wszystkim szkice etnograficzne, raczej eseje („Sacrum chleba”) samej autorki. Największe zaciekawienie, nie tylko u pań, wzbudza dział kulinarny, zatytułowany „Z pokolenia na pokolenie”, zawierający przepisy około 80 potraw, ciast, przysmaków, napojów. (więcej w „Pomeranii”)

22. Iwona Joć, Wiosłami po Zbrzycy i Brdzie

Sobota – otwarcie spływu w Sominach, małej wiosce z pięknym drewnianym kościółkiem i… sympatycznym barem. Choć było pochmurno, za to ciepło, nic nie zapowiadało trudów dnia następnego. W dobrych humorach ponad 120-osobowe towarzystwo najpierw wzięło udział w mszy świętej z kaszubską liturgią, odprawionej przez niezastąpionego ks. Romana Skwiercza, a później oglądało prowadzony przez Lecha Dutkowskiego z Gdyni pokaz udzielania pierwszej pomocy medycznej. Wieczorem zaś – przy ognisku – słuchało nieplanowanego (jakże jednak miłego, bez elektrycznej akustyki) występu kaszubskiego zespołu rockowego Wãdzeboczi z Brus, który na spływ odwiózł z koncertu w Kościerzynie swoją wokalistkę. (więcej w „Pomeranii”)

26. Jarosław Kroplewski, Kaszëbi na Dniestrze

Dniestrem od Halicza do Okopów – 286 kilometrów. Zaczarowany, biedny kraj, życzliwi Ukraińcy, ślady trudnej historii. Za Hubinem, na brzegu zapamiętanej z „Ogniem i mieczem” szeroko płynącej rzeki kobiety piorą na kamieniach. Luda, w krótkich jeansach i żurnalowej bluzce chwali się, że ten kamień to ma po babce. W Trubczyniu gospodarz cepem młóci fasolę na plandece. Gdyby go tak wyjąć z tego krajobrazu i postawić na Monciaku w Sopocie, uchodziłby za turystę z Niemiec – modne szorty, top z logiem audi. Logo audi – trzy zachodzące na siebie koła – tu oznacza Trójcę Świętą i jest na prawie każdym domu.
W barze w Horoszowej poznaję Igora. Dziewiąty rok zbiera w Polsce truskawki. Mówi, że teraz przyjechał z misją załatwienia ziemi – Polak, u którego pracuje da maszyny, Igor załatwi ziemię i do spółki zaczną zarabiać na podolskich odłogach. (więcej w „Pomeranii”)

I-VIII „Najô Ùczba” – dodatek do nauki języka kaszubskiego

27. Malwina Kreft, Z „Kameleonem” po Kaszubach

Dla nich sprawa przynależności do grupy regionalnej czy mniejszości narodowej nie jest kwestią kłopotliwą. Serbowie Łużyccy nie omieszkają poprawiać rozmówców, gdy ci nazywają ich Niemcami, podobnie Fryzowie, którzy nie pozwalają mówić o sobie jako o Niderlandczykach. Niemcy zamieszkali na Węgrzech czy w Danii zawsze czują się Niemcami. My – Kaszubi jesteśmy grupą etniczną zamieszkałą na Pomorzu i to my byliśmy organizatorami tegorocznej wymiany młodzieży mniejszości narodowych i etnicznych. (więcej w „Pomeranii”)

28. Marek Adamkowicz, Królewianki z pastelu

Z rysunkami Darii Selka-Bonna po raz pierwszy zetknąłem się jakieś dziesięć lat temu. W zapuszczonym, czekającym na gruntowny remont budynku Gminnego Ośrodka Kultury w Przywidzu odbywał się wernisaż jej prac. Od tamtego czasu miała ona sporo wystaw indywidualnych i zbiorowych, jednak w mojej pamięci niezmiennie najżywsza jest ta przywidzka. Zapewne dlatego, że oglądając wielobarwne pastele poczułem, że właśnie narodziło się coś wyjątkowego.
Daria była krótko po debiucie książkowym. Jej ilustracje ozdobiły „Malowane bajki” Andrzeja Grzyba. „Ozdobiły” to dobre słowo. Subtelną grą kolorów i precyzyjną narracją zdawały się dopowiadać tekst literacki. Przedstawianie świata nierealnego szybko stało się znakiem rozpoznawczym artystki, której przygoda ze sztuką nie ma w sobie nic z przypadkowości. (więcej w „Pomeranii”)

29. Artur Jabłoński, Wielki książę gdańsko-kaszubski

„Rada Miasta Gdańska akceptuje ideę upamiętnienia księcia Świętopełka II, poprzez wzniesienie pomnika na skwerze pomiędzy ulicą Szeroką, a Groblą II w Gdańsku” – zapisano w uchwale przyjętej 30 sierpnia tego roku przez gdańskich rajców. Na tę wiadomość Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie czekało ponad 30 lat! Wreszcie jest w Gdańsku miejsce na pomnik jednego z ojców potęgi grodu nad Motławą i bez wątpienia jednego z najwybitniejszych władców gdańsko-kaszubskich, który poprzez skuteczną walkę i zręczną dyplomację potrafił zjednoczyć całe księstwo i utrwalić jego granice.
Zrzeszeniowa idea upamiętnienia Świętopełka zyskała w ostatnim czasie ważnych sojuszników w osobach wojewody pomorskiego Piotra Karczewskiego, wiceministra kultury Jarosława Sellina, przewodniczącego sejmiku województwa pomorskiego Brunona Synaka i prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Ten ostatni nie tylko poparł nasze starania przed Radą Miasta, ale również zobowiązał się do pomocy merytorycznej przy realizacji projektu oraz do urządzenia terenu, na którym stanie pomnik. (więcej w „Pomeranii”)

30. Maciej Dęboróg-Bylczyński, Nutami zamiast słów…

„Gdy po czterdziestu latach spoglądam na dorobek obecnej Akademii Muzycznej w Gdańsku, przedstawia się on imponująco. Większość stanowisk muzycznych na Wybrzeżu zajmują jej absolwenci. Działa szkolnictwo muzyczne wszelkich stopni, Filharmonia, teatr operowy, operetkowy, zespoły kameralne, rośnie ilość muzycznych wydawnictw naukowych. Właściwie cały rozwój życia muzycznego w Trójmieście zależy od tej uczelni” – pisał przed laty były rektor AM, prof. Stefan Śledziński („Ruch Muzyczny”, 1985, nr 6). Jednakże nie zawsze tak było. Doprawdy imponującą pracę wykonali twórcy życia muzycznego na Wybrzeżu.
W ponadtysiącletnich dziejach grodu nad Motławą sztuka muzyczna zawsze zajmowała poczesne miejsce. Bogate, patrycjuszowskie miasto portowe potrafiło pozyskiwać sobie wybitnych ludzi danych epok. Nie dziwi więc fakt, że w 1929 roku Polskie Towarzystwo Muzyczne zainaugurowało działalność Polskiego Konserwatorium Muzycznego w Wolnym Mieście – kolejnym (w 1934 r.) jego dyrektorem został wybitny wiolonczelista Kazimierz Wiłkomirski. (więcej w „Pomeranii”)

32. Maria Roszak, Dziad Świat

Wiéta, kogo żam niédawno wjidziała jak żam sia szwendała nad jezioram i szwóndrała za śladami jesieni? Nié uwierzyta, ale żam spotkała Dziada Świata! Zara żam poznała, że to je on, bo to je taki brodila i langiewicz, że cianżko sia nié skapnónć! Wéw téj krużowatéj brodzie mu sia gnieżdżó ptaszki i różne robactwo – pajónki, liszki, pendróny, morówki, koćmugi, marjanny i insza gadzina. Na krymie mu jaglija rośnie i małe pepelki, a pod nimi muchoraje i pępki. Za uszami kwitnó Dziadowi knafelki, ochwatniki i zielska inszego tyla, że tych uszów to nié idzie wylukać. W gambie okunie, bufóny, piastoguły i mutki jak wéw pełu jakimś czy dzie. Kele bani lejtajó pocierzpicielki, no bo tam gniazdka majó kukawki, pleszki i Bóg jedan wié, co eszcze. (więcej w „Pomeranii”)

33. Andrzej Grzyb, U fryzjera (felieton)

34. Lidija Gačnik-Gombač, Wniebòwzãcé

35. Jerzy Dąbrowa-Januszewski, Szklane refleksje (felieton)

Nieco udziwniony jest tytuł tej opowieści, chwilami nostalgicznej jak przypomnienie o Żeromskiego szklanych domach, momentami trącającej „szkiełkiem i okiem”, wreszcie przypadkowością – jak życie. Był lipiec 30 lat temu, gdy córkę zawiozłem do Lęborka na harcerską zbiórkę. Podekscytowana ośmiolatka co chwila zaglądała do plecaka sprawdzając, czy zabrała wszystko; „No bo w tej Szklanej Hucie może nie być sklepu, może tam tylko namioty i plaża?!”.
Obóz w opiniach córki okazał się rewelacyjny, a ja do dzisiaj nie dotarłem do tej nadmorskiej Szklanej Huty, mimo że przez te wszystkie lata wielokrotnie przejeżdżałem przez Choczewo, a i hut na Kaszubach nawiedziłem kilkadziesiąt. O tamtej, Szklanej, przypomniałem sobie dwukrotnie: mijając również tak nazwaną wioskę na południe od Lipusza oraz w ubiegłym roku, biorąc do ręki zbiór opowiadań „Szklana Huta”, napisanych przez modnego i zdolnego słupskiego pisarza młodego pokolenia – Daniela Odiję. W miejscowości Letniewo znajduje się ulica Szklana Huta 34. Autor snuje opowieść o Niemcu-bankrucie, postaci niezwykłej, uduchowionej, naznaczonej „piętnem miejsca”. (więcej w „Pomeranii”)

36. Teresa Thiel-Kubacka, Nauczyciel i uczennica

38. Lektury

42. Pożegnania

Tego lata kultura pomorska poniosła dwie niepowetowane straty. Z grona żywych odeszli Jan Właśniewski oraz Roman Landowski. Każdy z nich na trwałe wpisał się w krajobraz regionu, uczynił wiele, by Pomorze duchowo ubogacić. (więcej w „Pomeranii”)

43. Tomasz Żuroch-Piechowski, Pan Kociewie nie żyje (felieton)

Niektórzy ludzie są obecni wśród nas tak długo, że w pewnym momencie zaczyna nam się zdawać, iż są niezniszczalni. Jedną z takich „stale obecnych” postaci był dla mnie Roman Landowski – człowiek renesansu, poeta, pisarz, edytor, redaktor… Napisać o nim, że był miłośnikiem Tczewa i Kociewia, to tak jakby nic nie napisać. Pan Redaktor, gdyby nie przeszkadzała mu w tym wrodzona skromność, mógłby powiedzieć „Kociewie to ja” – od urodzenia po ostatnie dni życia był zakochany w tym regionie. Swoją miłością potrafił zarażać innych. Myślę, że i ja sporo mu zawdzięczam.
Ukazanie się pierwszego numeru „Kociewskiego Magazynu Regionalnego” w roku 1986 wywołało spory szok wśród osób interesujących się nie tylko wielką historią. Było to bowiem pierwsze czasopismo, które opowiadało dzieje miejsc dobrze znanych – ulic, po których chodziliśmy, widzianych za oknem miejscowości i rodzin, z którymi często w jakiś sposób los nas złączył. (więcej w „Pomeranii”)

44. Klëka

46. Z życia Zrzeszenia

50. Informator regionalny

52. Rómk Drzeżdżónk, Gôrsc stolemnëch ùdbów (felieton)

Chto to są stolemë, wierã leno nôstarszi a ùczałi Kaszëbi wiedzą. Ze strzédnym pòkòlenim a tima nômłodszima mòże bëc kąsk gòrzi. Jima ò tëch wiôlgòludach doma nicht bôjków wieczorama kòl piécka nie òpòwiôdôł, w telewizje jejich na dobranockã nie pòkazywalë, a w szkòle le ny wszechpòlsczi Wërwidąb i Waligóra bëlë przëtomny. Në mòże jesz ti, co sã kaszëbsczima sprawama baro jinteresëją, a dzecë jaczé terô na lekcje kaszëbsczégò chòdzą, cos bë ò stolemach rzeklë. Szkòda, bò stolemë to nasz rodny a òsoblëwi skôrb, jaczi wôrt je z zemi na wid dnia wëdobëc…
A mòże bë tak z Ùnie (gôdają, że òna dôwô kòżdémù, chto baro prosy) stolemnégò dëtka wzyc wëcygnąc a kùpic fëst sztëk zemi pòd wiôlgą górą? W ny górze wëbùdowac, jak to stolemë w zwëkù mielë, stolemné chëcze, do jaczich bë sã bez stolemné, wikszé jak do stodołë, dwiérze wchôdało. W chëczach stolemné jizbë bë bëłë pëszno zrëchtowóné. W nëch stolemné méble pòstawióné, stołë do chtërnëch człowiek nawetka na pôlcach stojącë ni mógł bë dosygnąc, stółczi na jaczé cãżkò bëło bë sã wdrapac, łóżkò gãsą pierzëną, jak góra wiôlgą pòscéloné, do jaczégò bë mùszôł pò drôbce wchadac, szafa w jaczi bë piãcdzesąt sztëk lëdzy zamkł, łóżeczkò dlô stolemòwégò dzecka, w chtërnym bë sã dwasta niemòwlôków zmiescëło, a jesz bë sã mògłë w nim gònic. (więcej w „Pomeranii”)

Коментари су искључени на Pomerania X 2007: spis treści

Ј. Тредер: Историја кашупског књижевног језика [кратак преглед]

Јежи Тредер

Историја кашупског књижевног језика
[кратак преглед]

Историја кашупског језика се бележи већ преко 150 година. Кашупске елите језик развијају, трудећи се да тај развој помире (нпр. Х. Дердовски – H. Derdowski, А. Мајковски – A. Majkowski) са доминацијом пољског као службеног језика у јавном животу (у Цркви чак и у време окупације Пољске од XVIII до поч. ХХ века), језика пољске државности (или немачког, у доба пруске до 1918) и атрактивније пољске културе. У еволуцији кашупске књижевности могу се издвојити 5 периода, повезаних са књижевним групама и карактеристичним односима према језику и његовом обогаћивању, а такође и односом према правопису.

Ф. Цејнова (F. Ceynowa) је кашупски сматрао посебним језиком, користећи га као средство писане речи. Језик Цејновиних текстова се, у великој мери покрива са говором његовог родног села (жарновјецки дијалекат – żarnowiecki), али углавном представља језик кашупског интелектуалца, образованог на пољским језичким узорима, који са пољског књижевног језика прелази на свој матерњи. Неке локалне особине севернокашупског [наддијалекта] су у њему задржане, посебно лексика, ипак, уравнотежаване бројним полонизмима, док кашупску природу исказује посебан правопис који нивелише велики број фонетских карактеристика, а мањи број неологизама се јавља у граматичкој терминологији.

Кашупски језик је искључиво са књижевношћу повезивао Х. Дердовски. Није прихватао Цејновину језичку верзију, јер је била превише севернокашупска и истовремено „вештачки“ полонизујућа и због тога, за Кашубе неразумљива. Он свој језички израз приближава родном вјелевском (wielewski) дијалекту, лакше и „природније“ полонизованом, укључујући у њега елементе других дијалеката. Писао је о себи овако: „Аутор користи […] дијалекте из околине Хмјелна (Chmielno), помирио је кашупски дијалекат са севера са јужним, а, осим тога се трудио, како се види из његовог дела, да у подједнакој мери користи толико речи и облика са приморја, колико и из дијалеката становника кошћерског (kościerski), члуховског (człuchowski) и хојњицког (chojnicki) среза. Хтео је, очигледно, да на тај начин оствари јединство у кашупском наречју, да му да такав облик да га сваки Кашуб прихвати као свој говор и разуме књигу на тај начин написану“ (часопис „Przyjaciel“, бр. 45-46, 1880). У правопису се задовољио знацима пољског алфабета. У целини, треба признати, да се ради о прилично успелом покушају.
Тај модел је, заједно са подручјем функционисања, преузео у први мах А. Мајковски (1899), али га је напустио у роману Ремус (Remùs), стварајући за њега нови језик, близак тзв. Зжешењцима (Zrzeszeńcy[, каш. Zrzeszińcë, делатници окупљени око часописа „Zrzesz Kaszëbskô“]).

Младокашуби су у формирању опште верзије кашупског језика, користили искуство Цејнове и Дердовског, што се види по правопису који је наизглед остао на пола пута између Цејеновиног и оног Дердовског – посебне знаке су користили само да избегну двозначности (нпр. jem : jém : jim), попут Зжешењаца. У њиховом књижевном језику изразите су још увек особине кашупског завичајног језика. Једино је Мајковски – под утицајем радикалнијих Зжешењаца – створио језик независан од кашупског говорног, карактеристичног за одређено подручје. Код њега доминирају особине хмјелњaнског (chmieleński) дијалекта, које се налази северозападно од Картуза (Kartuzy), и из околине Кошћежине (Kościerzyna), липушког (lipuski) дијалекта, које писац намерно обогаћује особинама других региона. На младокашубе је утицао Речник приморског језика (Słownik języka pomorskiego, 1893), С. Рамулта (S. Ramułt), који је ширио Цејновине идеје. У лексици је преферирао средњокашупску варијанту, што је преузео Мајковски, дефинишући овако опште дилеме: „Наше наречје треба увек, у односу према књижевном језику, да стоји као наречје. Зато црквени језик треба да остане, као и до сада, столећима, пољски књижевни језик. Научни језик, језик скупова, као и до сада, биће пољски, као израз наше солидарности народне са целом Домовином. Међутим, наше дивно наречје има велико поље примене у лепој књижевности, у причи и песми, у аматерском позоришту…“

Перспективе формирања кашупског књижевног језика, подвлачећи његове карактеристичне особине, нудила је верзија Зжешењаца, који су сматрали – попут Цејнове и Рамулта – да је кашупски језик посебан. Радили су на његовој општој верзији, будући свесни да су покушаји Дердовског и Мајковског израсли из говорног јужног кашупског, оног ближег пољском. Пошто су водили порекло из граничног подручја централног дела и севера, преферирали су свој матерњи кашупски. Уводили су у њега [такође] неприродне или фонетске, творбене и лексичке неологизме, надовезујући се на стање у архаичном севернокашупском [наддијалекту]. На тај начин је настао прилично тежак језик, а то се посебно односи на поезију Ј. Ромпског (J. Rompski) и преводе Јеванђеља Ф. Груче (F. Grucza). [Један од Зжешењаца,] Лабуда (Labuda) је писао: „Не један дијалекат, већ све карактеристике свих дијалеката треба да узима у обзир књижевни кашупски“ (1939). [Други, ] Трепчик (Trepczyk), је додавао: „Па, кашупски језик не представља никакав искварени пољски дијалекат или језик прошаран немачким, већ оригиналан словенски говор […]. Сваким делом се трудим да подвлачим карактеристичне особине […]. Бирам лексику искључиво кашупску, да бих је спасао од заборава […]“ (Мој живот – Moje życie).

Тај језик је изазивао отпор тзв. Клековаца (Klekowcy), из круга часописа „Клека“ („Klëka“): „wiele Kaszebów muszi so baro głowic nad odczëtanim niejednëch wërazów ‘czesko-słowiańsczégo’ pochodzeni“ („велики број Кашуба мора да се добро помучи да би прочитали многе речи ‘чешко-словенског’ порекла [у текстовима Зжешењаца]“, [писао је] Ф. Шредер (F. Schroeder), или: „Уз помоћ натегнутих облика, наказног правописа, избора недовољно распрострањених или мало коришћених речи, пре свега у пољском језику (књижевном) (…) покушавају да створе привид велике различитости од књижевног пољског – то јест нови језик“ (Ф. Сенђицки – F. Sędzicki). Тзв. Клековце повезивало, наиме, мишљење да је кашупски дијалекат пољског језика, „уништавање посебности, правопис близак пољском – који је саставио Л. Ропел (L. Roppel, 1939) – и општеразумљив језик, са изразитим траговима пољског; представљао је говор просечног Кашуба-интелектуалца који чува једино неке особине матерњег језика, а дакле, Ропела, из околине Вејхерова (Wejherowo), П. Шефке (P. Szefka), из Стшебјелина (Strzebielin), Ј. Цејнове, са варијантом белачења итд.

Језички тип романа Ремус Мајковског и Зжешењаца преузимају савремени писци старијег и средњег покољења, попут нпр. С. Јанкеа (S. Janke), Ј. Валкуша (J. Walkusza) и Е. Голомбека (E. Gołabek). Анализа текстова Јанкеа из Липуша (Lipusz, југ Кашуба) и Валкуша из Клукове Хуте (Klukowa Huta, средишњи Кашуби), показује прилично уједначавање: 1. у фонетици северне особине, нпр. тип parmiń; тип cygnie; тип zwón; 2. у флексији и творби речи – средње- и севернокашупске форме, појачаване подражавањем Зжешењаца, нпр. придевска промена [именица] типа kôzaniégò, заменица nen, императив на -i/-ë, типа każë/kôż; 3. утицај кашупског језика Зжешењаца, посебно у лексици, нпр. dobëc ‘победити’, farwa ‘боја’, milota, pojuga ‘слобода’, smrok, stalata ‘векови’, tatczëzna ‘домовина’, ubëtk (Јанке), ajtakowac se ‘свађати се’, belny ‘добар’, biôtka ‘борба’ (Валкуш), обојица нпр. czôln, jiwer ‘проблем’, snôżi ‘леп’, stanica ‘застава’, stolem ‘див’, sztôłt; 4. особине матерњег кашупског, приметније код Валкуша, нпр. cëskany, małi, stari, griżla ‘грудва’, императив без –i/-ë : kôż (Јанке нпр. cëskóny, môli, stôri, rozkażë, grużla), мање су заступљене код Јанкеа, нпр. czuc; 5. приметан је већи утицај пољског језика код Валкуша, нпр. jaskółka, (код Јанкеа нпр. wzerającë). Помало је експерименталан језик С. Пестке (S. Pestka), који користи бруски (bruski) дијалекат, док М. Селин (M. Selin) користи малтене аутентичан јастарски (jastarnicki), надовезујући се на севернокашупске прозаике са Джежџоном (Drzeżdżon) на челу, који је настављао тенденције из прозе А. Буђиша (A. Budzisz), угледајући се свесно на Цејнову (такође без белачења), користио је необичне речи, скоро заборављене, уводећи радо неологизме и позајмице из пољског и немачког. Ј. Билот (J. Bilot) је, међутим, користио пуцки (pucki) дијалекат, примењујући кашупске неологизме и позајмице из пољског.

Аутентични локални кашупски језик се налази у основи стваралаштва Б. Сихте (B. Sychta), који је ишао својим путем, што је дошло до изражаја, између осталог, у правопису, региструјући лабијализацију самогласника (нпр. uekno), мекоћу сугласника уз помоћ j (mjiłi), примењујући знак ö и понекад ë. Игроказ Кашупске Божићне јасле (Szopka kaszubska, 1925) је написао пољским и кашупским стихом, што представља реализацију принципа Мајковског, који постулира култивисање кашупског језика у лепој књижевности. Његове представе гаје говор који је третирао као универзалну вредност и везу дијалеката континенталне Пољске са језиком несталих Полабљана. Језик његових дела је близак живом кашупском језику који је коришћен у западно-централним деловима (шановско-шераковско-говидлињски дијалекат – sianowsko-sierakowsko-gowidliński), али подвлачи и велики број особина (посебно фонетских и лексичких), „реконструишући“ на одређени начин модел тог дијалекта. На Цејновино схватање се надовезују речи јунака: „nigde, przenigde nie wstidzta sę po kaszëbsku gadac“ („никада, ни у ком случају, не стидите се да говорите кашупски“,Ханка се жениHanka sę żeni).

Кашупска писана реч, која постоји већ 150 година, није стекла свој јединствени лик, али показује, ипак, елементе делимичне нормативизације, а општи правац њене еволуције је одређен, између осталог, захваљујући речницима А. Лабуде и Трепчика или целог стваралаштва Зжешењаца. Наредни облици кашупске књижевности представљају резултат не само подизања до нивоа књижевног језика (стандардног), оног матерњег говора писца, већ и прикупљање доприноса претходних покољења, који чине нови језички квалитет. У језику савремених писаца су јаче карактеристике њиховог матерњег кашупског језика, због чега он добија на природности. Вреди забележити примену кашупског у новим областима, наиме у литургији, нпр. преводи Библије Голомбека (језик младих) и Груче (Grucza, језик Зжешењаца), проповеди оца М. Мјотка (M. Miotk) Swiętim turę starków (Свети пут предака, 1991), на шановском дијалекту, и оца Ј. Валкуша Strządę słowa (1996), у вези са хмјелњанским конкурсом „Rodnô mowa“ („Матерњи језик“), са елементима стенжицког (stężycki) дијалекта, али по угледу на језик Зжешењаца. Кашупски језик се говори на радију, између осталог у емисији Na bôtach ë w bòrach (На лађама и у шумама) и на телевизији, нпр. у магазину Rodnô zemia (Родна земља). Учи се у неколико школа, нпр. у Глодњици (Głodnica) и Ремби (Ręba). Нобилитују га црквене мисе на кашупском. Проучавање кашупског књижевног језика је започео Ф. Лоренц (F. Lorentz), бавио се њима и В. Пњевски (W. Pniewski), а данас углавном Ј. Тредер и Ј. Жењукова (J. Zieniukowa).

(Литература: J. Borzyszkowski, Dzieje ruchu kaszubsko-pomorskiego a kwestia języka, у: Języki mniejszości i języki narodowe, ур. E. Wrocławska i J. Zieniukowa, Warszawa, 2003, стр. 129-145; J. Treder, Friedrich Lorentz o kaszubszczyźnie literackiej, у: „Nazwy i dialekty Pomorza dawniej i dziś“, бр. 3, стр. 61-81; J. Treder, Historia kaszubszczyzny literackiej, Gdańsk, 2005)

Објављено под Језик / Język / Jãzëk / Sprache / Language | Коментари су искључени на Ј. Тредер: Историја кашупског књижевног језика [кратак преглед]

H. Derdowski: O Panu Czorlińscim co do Pucka po sece jachoł (przedmowa J. Sampa) [cdn]

O panu Czorlińscim co do Pucka po sece jachoł

zełgoł dlo swojech druchów kaszubściech

Jarosz Derdowski

Na podstawie wydania
Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego
Gdańsk, 1989
ISBN 83-85011-34-X

Jerzy Samp

PRZEDMOWA

I. Przed przebudzeniem

Do połowy wieku XIX lud kaszubski nie posiadał niekogo, kto potrafiłby spełnić rolę przywódcy-budziciela. Rząd pruski kategorycznie przeciwstawiał się wszelkim próbom działalności kulturalnej i pracy oświatowej w duchu polskim. Zresztą rodzime środowisko inteligenckie, wówczas jeszcze nieliczne, było niejednolite a przy tym rozproszone po miastach i miasteczkach. Już w pierwszej połowie minionego stulecia praktycznie przestała istnieć dla sprawy polskiej na Pomorzu znaczna część zgermanizowanej warstwy szlachecko-ziemiańskiej, wraz z którą zanikły jej stare, polskie tradycje.

Wielokrotnie wskazywano już na wynaradawiającą funkcję pruskiej służby wojskowej, ówczesnego szkolnictwa, niektórych klasztorów żeńskich i na takąż rolę niemieckiego duchowieństwa. Dodajmy jeszcze kwestię tzw. „dobrowolnej germanizacji” (np. w środowisku kupieckim) i „pozornego Niemca” (rzemieślnicy, służba domowa, małżeństwa mieszane). Nie wolno wreszcie też zapomnieć o zwyczajnym snobiźmie i jego negatywnych skutkach.

Na temat tamtej rzeczywistości zasłużona na polu badań ludoznawczych Bożena Stelmachowska wyraziła pogląd, iż około połowy XIX wieku zaginęła wszelka tradycja przeszłości. Dzieje książąt pomorskich zasunęła w cień smutna rzeczywistość. W pamięci ludu żyły tylko echa rzezi kaszubów gdańskich z roku 1308. Świadomości narodowej lud kaszubski nie posiadał a „polski” znaczyło u niego „katolicki”1. Oczywyście w twierdzeniach tych wiele jest uogólnień. Gdyby bowiem istotnie lud kaszubski był wówczas jedynie ową bierną, spolegliwą, nieśmiałą i zahukaną masą etnograficzną, nigdy prawdopodobnie nie zaistaniałaby tzw. kwestia kaszubska. Nie byłoby też udziału Kaszubów w Powstaniu Styczniowym oraz zabrakłoby tych, co ustrzegli Polski morskich granic, by ów skarb drogocenny ofiarować potem odrodzonej, wielkiej ojczyźnie.

Inna rzecz, że ta polska substancja przetrwała tu w dużej mierze właśnie za sprawą religii rzymsko-katolickiej, do której lud był tak bardzo przywiązany. Przez dziesiątki lat jedynymi książkami polskimi były na Kaszubach kancjonały, modlitewniki i żywoty świętych. Dopiero pod koniec XIX wieku dojdzie twórczość naszych romantyków, którą fascynowała się pomorska młodzież gimnazjalna skupiona wokół tajnych organizacji filomackich i filareckich, poczytne dzieła Kraszewskiego i Sienkiewicza, pojawi się też popularna prasa polska: „Gazeta Gdańska”, „Pielgrzym”, „Gazeta Grudziądzka”.

Urzędnik pruski, którego zachwyciło piękno pejzażu kaszubskiego – Karl Pernin miał świadomość, że Kaszuby są jakby Kopciuszkiem pośród innych prowincji Niemiec. Dostrzegł jednak kolosalną różnicę między ludem kaszubskim a Niemcami, tak w znaczeniu językowym i religijnym, jak i kulturalnym. Niemiec – pisał z rozbrajającą szczerością – choć najbiedniejszy patrzy zawsze z pewnym politowaniem na Kaszubę, uważając go za coś niższego od siebie. – Zaraz jednak dodaje – Polacy zaś patrzą na Kaszubę jeszcze z większym lekceważeniem aniżeli Niemcy.2

W tym ostatnim twierdzeniu jest niestety wiele gorzkiej prawdy. Jeden z pierwszych badaczy kaszubszczyzny, wybitny ludoznawca rosyjski Aleksander Hilferding, który zwiedzał ten region w roku 1856, zawarł w swej monografii o resztkach Słowian na południowym brzegu Morza Bałtyckiego znamienny pogląd na tę kwestię. Pisze tam mianowicie: Polska, panując przez wiele wieków nad Pomorzem Kaszubskim, mogła z łatwością kraj ten do zupełnej z sobą przyprowadzić jedności. Nie uczyniła tego wskutek powszechnie u niej zakorzenionego wstrętu do ludu prostego. Kaszuby to proste chłopy, chamy; mowa kaszubska jest to gwara prowincjonalna roboczego tłumu (czerni): czyż podobna wielmożnym panom zajmować się tak niskiego stanu ludźmi i ich grubą gwarą? Tak samo sądzi do tej pory wielu ze szlachty, której część zachowała swe majątki w ziemi kaszubskiej. W rozmowie ze mną wyrażali oni także na wpół z uśmiechem zdziwienie swe, że ja uważałem Kaszubów i ich mowe za przedmiot zasługujący na bliższe badanie. Lubo całe swe życie spędzili wśród Kaszubów, jednakże dopytać się u nich było trudno o ludu tego obyczaje, o jego zwyczaje, byt powszedni, język.3

Z całą ostrością przeciwko reprezentującym tak karykaturalną postawę „wielmożnym panom” występował syn kaszubskiego chłopa spod Pucka Florian Ceynowa (1817-1881), który swą działalnością otwiera zupełnie nową epokę w dziejach ruchu regionalnego na Kaszubach. Wszechstronnie wykształcony, zafascynowany treścią romantycznych haseł, ideą poszukiwania pierwiastków rodzimości w ludowych źródłach tradycji narodowej, doszukiwaniem się etnogenezy Słowian w ich gminnych pieśniach, obrzędowości wiejskiej i folklorze, zaczął utrwalać drukiem to, czym nikt tutaj dotąd zbytnio się nie interesował.

Na tym Ceynowa jednak nie poprzestał. Pragnął idąc za wzorem swych serbo-łużyckich przyjaciół, doprowadzić do odrodzenia kulturowego całej kaszubszczyzny. Usiłował dotrzeć do ludu zwracając się doń w jego własnym, poniewieranym dotąd i często wzgardzonym języku. Bezlitośnie przeto karcił tych, którzy wstydzili się mowy ojców, ujawniał nieznane fakty historyczne, przybliżał najchlubniejsze karty z dziejów Księstwa Pomorskiego za wszelką cenę pragnął swym krajanom wpajać dumę szczepową.

Wytyczony cel osiągnął. Jego idea pomorska przetrwała próbę czasu, choć „wielmożni” i „wielebni” przeciwnicy, którym nie szczędził słów krytyki, okrzyczeli go mianem panslawisty, zarzucając niesłusznie agitację na rzecz Rosji, ateizm i niemoralny tryb życia. Ceynowa jednak przerósł swoich współczesnych. Był faktycznym budzicielem ludu kaszubskiego, mimo iż od jego śmierci minąć musiało jeszcze wiele dziesięcioleci nim właściwie zaczęto rozumieć cel, do którego zamierzał nie bacząc na piętrzące się przed nim trudności i przeszkody.

Ledwie wyszło drukiem jego Kile słov wó Kaszubach e jich zemi a już recenzent „Biblioteki Warszawaskiej” (1850, t. IV) nazwał Wojkasena niedouczonym wieśniakiem, który w ogóle nie znając pismiennego języka polskiego waży się sugerować, jakoby narzecze kaszubskie, które jest niczym więcej ponad prowincjonalizm, mogło uchodzić za język jaki osobny, po czym ostro przestrzega przed wszelkimi próbami tworzenia na bazie kaszubszczyzny odrębnej literatury.

Podobny ton, wynikający zapewne także z chorobliwej obawy przed rojeniami separatystycznymi Kaszubów, odnaleźć można w większości wypowiedzi prasowych, jakie z różną częstotliwością pojawiać się będą odtąd aż do końca XIX wieku. Ich autorzy powiadają wprost, że mowa kaszubska to „powiatowszczyzna”, której brak ogłady, że jest to jedynie zepsuta zwrotami i wyrazami niemieckimi polszczyzna.

Powiatowszczyznę tę jako odrębne narzecze pielęgnować i rozwijać jest rzeczą niestosowną. A to dlatego, iż nie jest nawet narzeczem, i że nie ma podstawy, na którejby samodzielnie stać mogła, wskutek czego bez punktu oparcia jakim jest dla niej mowa czysto polska i jej literatury musiałoby dziczeć i ostatecznie pod bokiem tłoczącego germanizmu zmarnieć.4

Niewiele z goszczących około połowy ubiegłego stulecia w portowym Gdańsku, czy też w modnym coraz bardziej kurorcie Sopot, osobistości polskich w ogóle raczyło zauważyć obecność na tej ziemi jej pierwotnych gospodarzy – Kaszubów. Dla jednych (jak np. T. Krępowicki) Kaszubi to egzotyczni rybacy z Helu, opowiadający banialuki o tutejszych owcach czwororożnych (!?). Innych razi, iż goście polscy zamiast zwracać się do Kaszubów po polsku manifestują swą wyższość mówiąc do nich łamaną niemczyzną. Jeszcze inni (R. Zmorski) traktują ich jako plemię zasługujące na współczucie. Deotymę zaś, jaklo jedną z pierwszych, zachwycił folklor muzyczny, przeto notując słowa kaszubskiej piosenki żałuje, że nie było tam naszego szanownego Kolberga.5

Większość jednak przybyszy z głębi kraju nie kryje, że mowa Kaszubów, choć jest jakąś odmianą polszczyzny, brzmi grubo i niezwykle zagmatwano. Sam Józef Ignacy Kraszewski, który gościł w Gdańsku w roku 1867, pisał w drukowanych na łamach „Kłosów” listach, że gdy trafiło mu się w Oliwie spotkać starą Kaszubkę nie omieszkał skorzystać z okazji, by posłuchać języka wychowańców p. Ceynowy. Z kolei Jan Papłoński imputował owym „wychowańcom”, że oni sami nigdy inaczej swej mowy nie nazywają jak polską zepsutą. W Listach z zagranicy wyraził pogląd, iż śmieszną byłoby rzeczą żeby ktoś myślał stwarzać literaturę kaszubską i wymyślał dla nich nowe abecadło, lub różną od polskiej pisownię (…) Można pisać – donosił czytelnikom „Gazety Warszawskiej” w roku 1856 – o ich gramatyce, podaniach w które są tak ubodzy (podkr. J. S.), o przysłowiach; ale mową kaszubską - znaczy mącić ludziom głowy (podkr. J. S.). Każdy prawdzywy Kaszuba nie tylko po polsku rozumie ale nawet w tym tylko języku Pismo Święte czyta bez tłumacza. Po cóż więc stwarzać to, co ani dla twórców, ani dla klientów potrzebą nie jest. Obecnie cała literatura kaszubska mieści się w doktorze Ceynowa.6

O ile więc Niemcy, ot choćby wspominany wcześniej K. Pernin, twierdzili, że Kaszuby nie znają innej poezji jak religijna, a brak własnej literatury to wpływ ich ociężałości duchowej, o tyle sami Polacy z głębi kraju zdawali się czynić od początku wszystko, by nie dopuścić nawet myśli o możliwości powstania oryginalnej literatury kaszubskiej, i to nawet wówczas, gdy jej istnienie było już faktem. A wszystko to w imię swoiście pojętego patryiotyzmu, z obawy przed oderwaniem Kaszub od macierza. Dziś brzmi to może paradoksalnie, wówczas jednak ewentualność taką brano pod uwagę zupełnie poważnie. A że cel uświęca środki przeto i metody poskramiania „podejrzanej” w swych intencjach idei Ceynowy i jego nielicznych zrazu zwolenników niekoniecznie musiały być moralnie czyste i etyczne.

II. Pierwszy poeta kaszubski

Do przedstawicieli młodego pokolenia Kaszubów, któremu nie mogły być obojętne drukowane po kaszubsku książeczki Ceynowy należał Hieronim Derdowski. W odróżnieniu od autora pierwszej gramatyki kaszubskiej pochodził on z południowej części regionu. Derdowski (1852-1902) – syn sołtysa z Wiela, niespokojny wagabunda nie potrafiący dłużej zagrzać miejsca, w czasach szkolnych bywał wydalany lub też dobrowolnie przenosił się z jednego gimnazjum do drugiego. Kilkakrotnie, wciąż ze skutkime negatywnym, szukał też szczęścia za granicą. Z całą pewnością był artystą obdarzonym sporym talentem literackim, talentem, którego brakowało Ceynowie. Ale fatalna sytuacja materialna, swoisty temperament tego człowieka i okoliczności w jakich przyszło mu tworzyć i wieść żywot „chudego literata” – nie pozwoliły mu w pełni ów talent wykorzystać i zademonstrować.

Pamięć swojego wielkiego poprzednika uczcił drukowanym na łamach „Warty”, tuż po pogrzebie Ceynowy, wierszem, w którym czytamy:

I do dusze sę odezwie brzęk harfe eolsci:
Nie ma Kaszub bez Polonii a bez Kaszub Polsci!

W tej ostatniej sekwencji, (odtąd będzie ona towarzyszyć niemal wszystkim rozważaniom o kaszubszczyźnie) zawarł autor właściwie cały swój program ideowy. Poglądów głoszonych przez budziciela ludu kaszubskiego nigdy bowiem do końca oficjalnie nie zaakceptował. Nie był również słowianofilem. Wyraźnie odżegnywał się od rzekomych narodowych aspiracji Ceynowy. Odrzucił wreszcie udziwnioną rozmaitymi znakami diakrytycznymi pisownie kaszubską tamtego, stosując wyłącznie grafię polską, a na temat roli i sensu istnienia litaratury kaszubskiej miał zupełnie inny pogląd.

Trzeba jednak wciąż na nowo zadawać sobie pytanie – na ile był Derdowski oryginalny i samodzielny w swoich sądach, a na ile zostały mu one zasugerowane, by nie rzec narzucone, przez jego chlebodawców i środowisko, w którym się obracał. Pamiętajmy, iż autor dojrzewał w atmosferze bezpardonowej walki krajowych publicystów oraz części obrażonego ziemiaństwa i kleru pomorskiego, zarówno z poglądami, charakterem i treścią dzieł Ceynowy, jak i z jego prywatną osobą. Stanąć wówczas po stronie atakowanego – na to mógł sobie pozwolić może ktoś całkowicie materialnie niezależny lub też wielka indywiduwalność do końca pewna swych racji. Derdowski nie był ani jednym ani drugim.

Jego toruńskim pracodawcą był przy tym „trybun ludowy” – Ignacy Danielewski, autor słynnej, ułożonej podczas odbywania kary w twierdzy Wosłoujście, pieśni rozpoczynającej się od słów Wisło moja, Wisło stara… To przecież on, uznawany za autorytet w sprawach pomorskich i wzór patrioty, najzacieklej chyba ganił na łamach swej gazety „Przyjaciel Ludu” Floriana Ceynowę za jego udział w sławetnym zjeździe słowianofilskim w Moskwie, wyzywając od renegatów i zdrajców sprawy kaszubskiej.

Znając stosunek „światłych” publicystów polskich do piśmiennictwa kaszubskiego Derdowski przezornie, choć trudno powiedzieć czy szczerze, pisał u progu swej kariery literackiej.

Do tego pewnie nigdy nie przyjdzie, aby Kaszubi mieli czytać wyłącznie książki kaszubskie, czytają oni gazety polskie, modlą się i śpiewają z polskich książek w kościele i dobrze wszystko rozumieją, więc nie potrzeba im książek kaszubskich.7 Trudno powstrzymać się od refleksji, że zdanie to jest jakby echem przytoczonych tu wcześniej słów Jana Papłońskiego.

Ale Derdowski – literat sam pisał niemal wyłącznie utwory kaszubskie, czerpiąc tyleż inspiracji z twórczości Mickiewicza (przede wszystkim z Pana Tadeusza), co z humoresek dolnoniemieckich Fritza Reutera. Nie obce mu też były materiały zebrane przez Ceynowę, który przecież sam wręczył mu swoje książeczki podczas spotkania do jakiego między nimi doszło w Toruniu. Miał więc nasz poeta rodem z Wiela niejako dwa oblicza. Z jednej strony uważał, że kaszubszczyzna ma prawo do własnej literatury wyłącznie w postaci utworów sowizdzralskich, o silnym zabarwieniu humorystycznym, z drugiej zaś sam pisał tak, by nie tylko prowokować czytelników do śmiechu, lecz wyciskać im z oczu łzy wzruszenia. Twierdził, że lud wiejski czytając teksty polskie, słuchając polskich kazań nauczy się wkrótce mówić językiem ojczystym nie gorzej niż robią to w Warszawie, jednak w refrenie marsza kaszubskiego każe śpiewać Nigdy do zguby nie przyjdą Kaszuby.

Jeśli już mamy mówić o jakimś programie ideowym, który pisarz zawarł w swoich utworach i wypowiedziach pozalitarackich, to sprowadza się on do dwóch maksym. Pierwsza z nich zakłada, iż wszystko co kaszubskie należy do żywiołu polskiego, druga jednak dobitnie akcentuje, że bez Kaszub nie ma Polski.

Nie bez powodu określił go Julian Krzyżanowski mianem najbarwniejszej postaci wśród polskich pisarzy ludowych8. W biografii autora Kaszubów pod Widnem nie brak bowiem epizodów niezwykłych i awanturniczych. Niektóre z nich, jak choćby owa sfingowana eskapada kilkunastoletniego Hierusa do Rzymu, gdzie pragnął bronić papieża przed Garibaldim, przez lata całe ubarwiały zarówno legendę pisarza, jak i jego oficjalne życiorysy. Niemały był w tym zresztą udział samego poety.

W jego naturze było coś, co pchało go wciąż do nowych przygód i kazało wanożyć po świecie. Stąd najlepszy utwór jaki sworzył zaledwie w dwudziestym siódmym roku życia – poemat episki O panu Czorlińscim co do Pucka po sece jachoł nosi tak silne piętno osobowości autora. Poza tym znać w nim piętno Tilla Eulenspiegla (uosobnienia ludowej mądrości i dowcipu) i koneksje z bohaterami utworów Marka Twaina. Szczególny jednak zdaje się wpływ prozy Fritza Reutera.

Pisana w narzeczu dolnoniemieckim twórczość tego autora była mu poniekąd wzorem. Skoro – argumentował sobie Derdowski – mowa kaszubska jest tym samym w stosunku do polszczyzny czym dla Niemców Plattdeutsch, dlaczegoż by nie miał pójść w ślady Reutera, który swymi książkami zrobił oszałamiającą wprost karierę. Ten precedens miał też niejako sankcjonować egzystencję literatury kaszubskiej dla ludu. Chciał z całego serca aby pisarstwo tego, który mógłby umarłego pobudzić do śmiechu – odegrało na Kaszubach podbną rolę, co na gruncie niemieckojęzycznym nowele i opowiadania autora Ut mine stromtid. Stąd też w obydwu odnaleść można podobne akcenty satyryczne, przy czym niekiedy jest to satyra dość kąśliwa i zaczepna. Nie da się też ukryć, że Derdowski gorąco pragnął sławy, poczytności i oczywyście pieniędzy, które dzięki swej twórczości zyskał Reuter.

Z pewnością w grę wchodziła swoista wspólnota duchowa wyrastająca z podziwu dla Reutera-człowieka. Derdowski wiedział doskonale, jak bardzo pisarstwo jego starszego kolegi miało charakter autobiograficzny (sceny z życia młodego Fritza, jego perypetie polityczne, zasądzenie na śmierć przez sąd pruski, czas spędzony w więzieniu itd.) i choć nowele Reutera były lustrem krzywym i odbijały obraz zdeformowany, współcześni kojarzyli losy ich głównego bohatera niemal wyłącznie z autorem tych zabawnych opowiastek.

Derdowski poznał podczas nauki gimnazjalnej klasyczną literaturę grecką i rzymską, znał też twórczość naszych romantyków. Przystępując do pracy nad pierwszą epopeją kaszubską nie omieszkał więc sięgnąć tak do Homera, jak i Mickiewicza. Nie bez racji nazwie go Stefan Ramułt długo wyczekiwanym kaszubskim Homerem.

Tworząc podwaliny pod kaszubską literaturę piękną, ktorej dotąd na dobrą sprawę nie było, liczył nasz poeta na ekceptację i aprobatę ludu kaszubskiego, ale zabiegał też o mecenasa dla swej twórczości. W środowisku toruńskim mógł liczyć jedynie, i to w stopniu dość ograniczonym, na Ignacego Danielewskiego. Ten, należy sądzić, poznał się szybko na talencie literackim początkującego w jego redakcji dziennikarza. Jako pracodawca w sposób istotny wpłynął na ukształtowanie poglądów Derdowskiego tyczących kwestii kaszubskiej.

Danielewski był nie tylko wymagający i apodyktyczny, lecz, jak wyjawił to syn Ignacego – Cyryl – zachęcał poetę do pracy nad Czorlińscim, by potem gładzić niektóre wiersze9. Zdaniem Jana Karnowskiego to, iż poemat o szlachcicu-rybaku zdradza w swojej warstwie językowej ową cudzą polaszącą rękę przypisać należy właśnie redaktorowi i wydawcy toruńskiego „Przyjaciela”, na którego łamach, poczynając od roku 1870, Derdowski rozpoczął drukować swoje dzieło.

Kto wie czy pierwszy poeta kaszubski nie marzył o mecenacie ze strony Józefa Ignacego Kraszewskiego, a przynajmniej o jego pośrednictwie w ułatwieniu mu tego, co dziś rozumiemy pod pojęciem promocji artystycznej. Wszak korzystał już kiedyś z jego pomocy. Wracając do kraju po półtorarocznym pobycie w Paryżu (dokąd udał się by słuchać wykładów Chodźki o literaturze polskiej w Collége de France), wysłał list do Kraszewskiego. Prosił w nim pisarza o zapomogę, która umożliwiłaby mu wydostanie się ze szpitala w Budziszynie i dotarcie do Poznania.W swoim liście wyraźnie zaznacza, że jest rodowitym Kaszubą, który poznał prawie całą twórczość Kraszewskiego, a jako były księgarz przyczynił się nawet do rozpowszechnienia jego książki. Podupadłem chwilowo cokolwiek lecz (…) nie straciłem jeszcze ducha, co się zresztą u Pomorzan bardzo rzadko zdarza10 – pisał w zakończeniu zachowanego do dziś listu z dnia 18 listopada 1878 roku.

Kilka miesięcy później rozpoczęły się w Polsce obchody 50-lecia pracy literackiej Kraszewskiego. W uroczystościach uczestniczył m. in. Ignacy Danielewski. Może to on podsunął Derdowskiemu pomysł zadedykowania jubilatowi powstającego właśnie poematu. A może był to rodzaj spłaty długu wdzięczności w stosunku do człowieka, który pomógł mu w biedzie. Tak czy inaczej zwrócił się w tej sprawie wprost do Kraszewskiego w liście z 15 września 1880 roku. Czytamy w nim m. in.: Czego wykończyć nie zdołałem w roku zeszłym aby tem w dzień jubileuszu Pańskiego przypominać Szanownemu Panu i wszystkim ziemiom polskim braterskie Kaszuby, to teraz wreszcie spod prasy wychodzi. Napisałem w narzeczu kaszubskim powieść wierszowaną „O panu Czorlińscim co do Pucka po sece jachoł”. Pracę tę, jak przy jej rozpoczęciu zaraz sobie przedsięwziąłem, pragnę przypisać Szanownemu Panu i proszę pozwolić na to.

Załącznikiem do tego listu były pierwsze wydrukowane arkusze poematu. Odbitkę drugiej połowy tekstu, wraz z kolejnym listem, wysłał już w następnym tygodniu. Po raz drugi prosi uniżenie o odpowiedź przyzwalającą mu na zadedykowanie dzieła osobie pisarza. Niestety Kraszewski nie odpowiedział na żaden z tych listów. Na początku więc października 1880 roku wysłał mu Derdowski gotowy już egzemplarz swojej książki. W dołączonym liście złożył pisarzowi hołd, oraz zapewnił, że młode pokolenie Kaszubów z miłością tuli się do macierzy Polski. Szanowny Panie Dobrodzieju!, pisał, Milczenie Jego na mój drugi list wziąłem za przyzwolenie na wyrażoną w nim prośbę i stosownie do tego położyłem Imię Jego na czele mojego „łgarstwa”, co proszę mi łaskawie wybaczyć, gdyż uczyniłem to tylko dla wyrażenia głębokiego szacunku, jaki chowam w sercu dla Twego Imienia.

Prawdopodobnie Kraszewski nie odezwał się i tym razem, co wydaje się dziwne, zważywszy, że poza F. T. Rakowiczem, głównym jego informatorem o sprawach kaszubsko-pomorskich był Ignacy Danielewski. Może leciwy pisarz, jak na ironię, uznał Derdowskiego, który jaki pierwszy po Ceynowie ośmielił się wydać kaszubskojęzyczną książkę, także owym wychowańcem pana Ceynowy – jak niegdyś pisał o starej Kaszubce z oliwskiego targowiska…

Tak czy inaczej raził go język tego utworu, dedykację zupełnie zbagatelizował a pierwszemu poecie kaszubskiemu poradził w „Tygodniku Ilustrowanym”, by lepiej pisał poprawną polszczyzną. Zdaniem Józefa Łęgowskiego był to najbardziej przykry zawód jaki w ogóle spotkał naszego autora poza granicami Prus Zachodnich11. Tym niemniej epopeja Derdowskiego pozostaje pierwszym w literaturze polskiej utworem w całości napisanym w mowie ludu. Dzieła Tajmara, Orkana czy Dygasińskiego pojawiły się później.

W poemacie znalazły się nieliczne fragmenty pisane po polsku, jednak poprzedzająca tekst, sześciozwrotkowa dedykacja jest kaszubska. O tyle to znamienne, że przecież poemat dedykowany był wielkemu Polakowi, którego poeta porównywał do słońca, co zajaśniało wśród nocy na ziemie kaszubskiej. Jednak już tu, w uroczystej inwokacji nie kryje autor poczucia krzywdy doznanej przez Kaszubów od tych, którzy nas obmawiają, że slepo sę rodzyme. Owo gorzkie poczucie krzywdy znajdzie jednak najpełniejszy wyraz dopiero w księdze III, gdy tytułowy bohater uskarża się na kupców polskich za to, że nie chcieli mu nawet podać bratniej dłoni. Me Kaszube, jesz strzeżeme Polsci morscich granic, A w Warszawie naszy braco mają naju za nic.

W gruncie rzeczy więc Derdowski świadomie czy też nieświadomie podąża w swym krytycyźmie za głosem Ceynowy. Czyni to również wówczas, gdy mitologizuje kaszubskie dzieje i pradzieje (niekoniecznie w groteskowej konwencji). Dał Kaszubom pieśń ułożoną na nutę Mazurka Dąbrowskiego, która miała stać się wkrótce ich hymnem i takim pozostaje do dnia dzisiejszego. Tym marszem, w którym Niemiec, a więc i Krzyżak, i zaborca pruski jawi się jako odwieczny i najzagorzałszy wróg Kaszubów, oni zaś, zawsze trzymający z Bogiem, gotowi są wciąż do walki o swoją i Polski niepodległość i nigde do zgube nie przyńdą, otóż marszem tym nie tylko wskrzeszał ale i podsycał dumę szczepową swoich braci.

Zanim na zawsze opuścił ziemię rodzinną emigrując w roku 1885 za ocean, zdążył jeszcze napisać i wydać kilka książeczek: Walek na jarmarku, Jasiek z Kniei, Kaszube pod Widnem. W Ameryce drukował, z myślą o tamtejszych Kaszubach, m. in. czasopismo „Wiarus”. Tam również, czerpiąc z dorobku Floriana Ceynowy, ogłosił zbiór przysłów kaszubskich Nórcyk kaszubsci abo koruszk i jedno maca jędrnyj prowde, zaś kontynuacją przygód Jaśka jest utwór Jasiek z Kniei i Szymek z Wiela w podróży do Ameryki.

Schorowany zmarł przedwcześnie w roku 1902, licząc niespełna 51 lat. Aleksander Majkowski napisze o nim: Nie był nasz poeta orłem porywającym za sobą i unoszącym się potężnymi szkrzydły ku wyżynom. Szare filisterskie ptactwo nie raz nań sarkało, kiedy zbyt jaskrawo z nich sobie zadrwił12.

W dziejach literatury kaszubskiej odegrał jednak Hieronim Derdowski rolę pionierską. I choć za życia nie doczekał sławy, ani nawet zbyt wielkiego uznania ze strony tych, którym dedykował swoje utwory, dziś uważany jest powszechnie za klasyka literatury dla ludu w jej najszlachetniejszej odmianie.

III. Poemat o szlachcicu-rybaku

Derdowskiego irytowało żenująco nikłe zainteresowanie kaszubszczyzną ze strony ludzi pióra i nie mniej boleśnie odczuwał zupełną niewiedze na ten temat społeczeństwa polskiego. Za mało, za mało dotąd zajmowano się Kaszubami w literaturze polskiej. Wincenty Pol w „Pieśni o ziemie naszej” ani słowa nie raczył o nich wspomnieć13 – pisał w „Przeglądzie Polskim”. Zapragnął więc sam, choćby w części wypełnić tę lukę, zarówno jako literat jak i publicysta. W tym celu poznał dobrze dzieje ojczyste i przebiegł ten swój kraik ojczysty po kilka razy wzdłuż i wszerz – po to, by dokładnie obejrzeć wszystkie jego zakątki.

Jego poemat O panu Czrolińscim co do Pucka po sece jachoł można więc traktować jako literacki efekt licznych peregrynacji autora. Przez wiele lat tekst ten był najosobliwszym źródłem wiedzy o Kaszubach dla przybywających nad morze literatów, dziennikarzy i artystów z głębi kraju. Z tych kilkudziesięciu stronic o wiele lepiej poznajemy Kaszubów, niż z całych folialów rękoma etnografów skreślonych – napisze o jego dziele Stefan Ramułt14 – przyszły autor Słownika języka pomorskiego czyli kaszubskiego.

Tytułowy bohater poematu jest przedstawicielem zubożałej szlachty kaszubskiej, tzw. „zagrodowej” lub „drążkowej”, która, poza warstwą gburską, przechowała stosunkowo wiele elementów tradycyjnej kultury duchowej tego regionu. Pan Jan Czorlińsci – właściwie już schłopiały rybak, ma jeszcze w sobie sporo dumy szlacheckiej, przede wszystkim jednak świadom jest swej przynależności etnicznej i narodowej. Jest w pełnym tego słowa znaczeniu Kaszubą, który czuje się zarazem Polakiem: A jo duszą i ze sercem Polok jem, jak oni.

Autor wyposażył go niemal we wszystkie cechy postaci typowej dla stereotypu „szlachcica akuratnego”, i nieco tych, które w ciągu stuleci kojarzono z pojęciem „gruby Kaszuba”. Odział więc swego bohatera w długi płaszcz, baranią kapucę, ciepłe rękawice, wełniane skarpety i długie skorznie (buty) – jako że wszystkie jego przygody związane są z porą zimową. Czorlińsci to starzejący się, choć jeszcze pełen wigoru, rosły jak stolem mężczyzna o jasnych oczach, żółtej czuprynie, okrągłej, nalanej twarzy, z wiecznie utabaczonym na czarno orlim nosem.

Jest pobożny a zarazem bardzo przesadny, czuły i rubaszny, przebiegły i skąpy, bystry; choć niezbyt wykształcony (liczy na palcach). Gdy staje na polskiej ziemi, klęka starym zwyczajem i ze czcią ją całuje. Znakomicie tańczy mazura i szoca i potrafi być zawadiacko szarmancki, choć zawsze wierny swej małżonce. Jest wzorem ojca maleńkiej Mareszki i nieco starszego Janka, który chodzi już do szkoły.

Czorlińsci pochodzi z Chmielna i stąd właśnie wyrusza saniami do dalekiego Pucka po to, by przywieźć stamtąd dobre sieci rybackie. Jego peregrynacja, za sprawą żydowskich czarów karczmarza Szmula, trwa od adwentu aż do mięsopustu. Magiczny pretekst pozwala autorowi ukazać niemal całą ziemię kaszubską, bowiem tytułowy bohater niczym Odys lub Żyd Wieczny Tułacz, na skutek rzuconego uroku, skazany zostaje na wędrówkę pełną niespodziewanych wydarzeń, od jednej miejscowości do drugiej. Jego trasa wiedzie z Chmielna przez Kartuzy, Przodkowo, Kobysewo, Rozłazino, Lębork aż na ziemię Słowińców, do Słupska, Sławna, Dąbrowy, Główczyc, skąd przez Charbrowo, Osiek, Wierzchucino, Żarnowiec, Krokowę, Starzyno i Połczyno dociera wreszcie pan Czorlińsci do Pucka. Następnie dziwnym zrządzeniem losu płynie łodzią rybacką wzdłuż Półwyspu Helskiego ku Jastarni. Zamiast tam, dociera jednak w przeciwną zgoła stronę – do Gdańska, ściślej zaś do Jelitkowa, skąd przez Oliwę, Sopot, Gdynie, Pierwoszyno, Mosty, Osołnino i Rzucewo ponownie dostaje się do Pucka, gdzie nabywa wreszcie upragnione sieci i wraca z nimi przez Kartuzy do rodzinnego Chmielna.

Poemat ten jest więc po trosze rodzajem itinerariusza, poetyckiego przewodnika, opisem podróży opartym na wzorcach klasycznych. W liczne realia wplata przy tym autor trześci fantastyczne, stare podania, opisy obrzędów i zwyczaje środowiskowe, mitologię i demonologię ludową, dawne kaszubskie tradycje, pieśni itp. Nie pozwala zapomnieć czytelnikowi, że rzecz cała dzieje się w drugiej połowie wieku XIX. Świadczy o tym sporo aluzji w tekście, m. in. epizod z koniem kawaleryjskim, któremu na skórze wypalono polską pieczęć z orłem, berłem i koroną. Patriotyczne ustawiony bohater nabywa od Żyda to dlatego, że w roku 1848 naczelny wódz Mierosławski dosiadał go podczas Powstania Wielkopolskiego, a ślepy już koń, mimo lat które minęły, na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego wciąż jescze przebiera nogami do taktu.

Utwór Derdowskiego ma ogromną wartość jako literacki zapis treści folklorystycznych. Wiele z nich już w chwili powstawania dzieła miało charakter archaiczny, a przecież autor sięgał także do archetypów dawnych wierzeń sugerując niekiedy ich przedchrześcijański rodowód. Znalazły tu odbicie m. in. tzw. „godzinki szlacheckie” – rozpoczynające się od słów Módlma sę za pana Czorlińsciego, które rzekomo podsunęły poecie pomysł całego dzieła, jak i kaszubska kołysanka Ziuziu, ziuziu, corulenko…, nawiązująca swą treścią do rzezi Gdańska dokonanej przez Krzyżaków w roku 1308. Mamy tam motyw „dzwonu śmierci” połączony z poetyckim zapisem mowy dzwonów, sceny z wesela kaszubskiego w Wierzchucinie i frontówkę o Kraku i Wandzie co Niemca nie chciała.

Nawiązaniem do autentycznych, nie tak odległych w czasie wydarzeń jest opowieść o pławieniu czarownic w Chałupach (rok 1836). Są tam motywy tak charakterystyczne, jak pucki węgorz na łańcuchu i próbowanie mocy piwa, które pucczanie nawarzyli. Sporo jest w tekście podań lokalnych, m. in. o stolemowych głazach pod Gdynią i jest też próbka folkloru miejskiego (bówcy gdański i Krzesztof). Derdowski też z werwą i humorem zapoznaje czytelnika z tajnikami katechizmu ludowego, którego treść dowodzić ma, że Kaszuby to Ziemia Święta, a to wszystko, o czym mówi Biblia wydarzyło się na Kaszubach. Wykreował wreszcie Hieronim Derdowski jakże nośną w swej warstwie symbolicznej i sugestywną postać Smętka, który zadomowił się, głównie za sprawą Stefana Żeromskiego i jego „Wiatru od morza”, na dobre zarówno w literaturze narodowej, jak i religijnej.

Zastanawiając się nad warstwą metaforyczną tułaczki pana Czorlińsciego dojdziemy do wniosku, że właściwie była to nie tyle wyprawa po sieci, ile poetycka podróż do źródeł kultury regionalnej ludu kaszubskiego. A więc wędrówka w przeszłość, tę bardziej i tę mniej odległą. Przy czym krotochwilno-sowizdrzalska konwencja utworu wcale nie powoduje tu spłycenia idei dzieła, które mimo wszystko przybliża czytelnikowi spoza obszaru Kaszub istotę mitu pomorskiego, Kaszubom zaś ukazuje źródło ich tożsamości etnicznej i uczy godności.

Derdowski wydał Czorlińsciego własnym sumptem, spodziewając się zysku ze sprzedaży książeczki. Heruś chcołbe kąsk za swoje łamanie głowe zarobic, bo on biedak le z tego łgorstwa żyje – pisał na łamach toruńskiego „Przyjaciela” (1880, nr 17), zachęcając czytelników do kupna tej kaszubskiej epopei. Z pewnością liczył na jej życzliwe przyjęcie ze strony „druchów kaszubścich” – dla których przecież „zełgał” ten utwór. Tu jednak spotkał go kolejny zawód. Mieszkając już w Ameryce żalił się Józefowi Watrze-Przewłockiemu: Na Kaszubach nikt mnie nie rozumiał. Poezje moje brano za drwiny z gwary kaszubskiej, właśnie na Kaszubach, a ja chciałem czuć przy sobie rozradowane serca Kaszubów…15.

Poniekąd podzielił więc poeta los Ceynowy, bowiem książeczki kaszubskie tak jednego, jak i drugiego autora nie znalazły zrazu zrozumienia i nie szybko dane im było trafić pod strzechy. Jedynym dla Derdowskiego pocieszeniem było to, że poemat O panu Czorlińscim co do Pucka po sece jachoł zainteresował niektóre kręgi świata akademickiego i jak sam pisał wykształceńsze sfery w całej Polsce – przynosząc kilka bardzo pozytywnych recenzji w prasie.

IV. Slawa, która przyszła za późno

Nie wszyscy potrafili zrozumieć duszę artysty i niepokojną naturę Derdowskiego tak dobrze, jak Adolf Nowaczyński. Dał temu wyraz w zbiorze szkiców zatytułowanym Góry z piasku. Jako kolega po piórze mógł pojąć temperament naszego twórcy, który dusił się w ciasnych opłotkach swej węższej ojczyzny i zrywał wciąż na nowo do lotu, by ostatecznie pozostać za oceanem.

Wielu autorów miało mu to za złe. Życzliwie oceniający kaszubskie utwory Derdowskiego publicysta i podróżnik Grzegorz Smólski ostro krytykował go z tego powodu. Twórca ruchu młodokaszubskiego Aleksander Majkowski ubolewał zaś nad tym, że zbyt wcześnie twarde losy złamały poetycką lurnię Derdowskiego, która za oceanem utraciła swoją moc. Jak olbrzym Anteusz, kiedy stracił styczność z ziemią matką, postradał swe siły, tak on, wyrwany z ojczystej gleby już nigdy nie uniósł się w sfery poezji16.

Poeta odszedł nie podejrzewając nawet, iż jego kaszubskojęzyczna twórczość stanie się w przyszłości zaczynem kaszubszczyzny literackiej. Że w ślad za nim pójdą całe pokolenia poetów, dramatopisarzy i prozaików, że zaistnieje potrzeba stworzenia kaszubskiej literatury dla dzieci i wreszcie, że tych kilka dzieł, jakie zdołał napisać, inspirować będzie bardzo wybitnych twórców literatury narodowej i regionalnej.

Jeśli prawdą jest, że kultura regionalna to system znaków tożsamości, to Derdowskiego uznać musimy za twórcę, który owe znaki w sposób niezwykle prosty, przystępny i sugestywny potrafił eksponować. W końcu lud kaszubski wyzbył się nieufności wobec tworzonej z myślą o nim literatury, a teksty pisane w jego własnej mowie przestał uważać za obraźliwe. Jakże się mylił Derdowski twierdząc, że „kaszebizna” zupełnie nie nadaje się na materiał słowny do tekstów modlitewnych, bowiem jej użytkownicy byliby raczej skłonni do śmiechu niż do nabożeństwa. Ale język kaszubski w liturgii, ambitna poezja religijna i biblia w przekładzie kaszubskim to przecież w końcu osiągnięcie naszych czasów.

I oto im bardziej kaszubszczyzna literacka nabierała cech literatury intelektualnej, im bardziej wzrastał stopień jej skomplikowania i trudności, tym chętniej lud wiejski sięgał po poemat Hieronima Derdowskiego.

W pierwszych dziesięcioleciach naszego wieku regionalizm kaszubski jest już zjawiskiem powszechnie dostrzeganym. Niezależnie od samych Kaszubów znaczenie twórczości poety z Wiela i sławę tego pisarza gruntują w swoich publikacjach ludzie tak zasłużeni dla regionu, jak: Bernard Chrzanowski, Władysław Pniewski, Kamil Kantak. Słowa: Nie ma Kaszub bez Polonii… urastają teraz do rangi aforyzmu narodowego i cytowane są bez końca zarówno z mównic rządowych, jak i z ambon. Z chwilą „wybuchu” niepodległości postać poety z Wiela funkcjonuje już jako symbol odwiecznego braterstwa Kaszubów i Polaków. Wyrażona w poemacie ideę łączności z Macierzą stawia się za wzór wszystkim Pomorzanom.

Z inicjatywy ks. Józefa Wryczy, proboszcza rodzinnej parafii, powstaje we Wielu pomnik. Odsłonięto go w dziesiątą rocznicę wyzwolenia Pomorza – 16 lutego 1930 r. Poza ks. Wryczą przemawiał wówczas także Franciszek Sądzicki. Odśpiewano też uroczyście hymn Tam gdzie Wisła od Krakowa.

Niebawem imieniem Derdowskiego nazwano powstający między Cetniewem a Hallerowem nadmorski park rekreacyjny. Ówczesny wicestarosta morski – Teodor Bolduan pragnął aby ponad tarasami, niepodal głównej bramy wiodącej do parku, stanął wykuty w kamieniu pomnik poety.Nad ziemią praojców jego, jak hejnał rycerskiego zawołania polskiego ludu z cokołu wzniesionego pomnika dźwięczeć będzie mocno i uroczyście twarde jego zawołanie:

Nie ma Kaszub bez Polonii
A bez Kaszub Polsci
17

– donosił w roku 1934 czytelnikom „Gryfa” Alfred Świerkosz.

Pomysł nie został zrealizowany, podobnie jak nie udało się sprowadzić do kraju ciała Derdowskiego. Tym razem była to inicjatywa znanego dziennikarza i działacza polonijnego w Wolnym Mieście Gdańsku, później w Gdyni redaktora „Latarni Morskiej”, Kazimierza Purwina. Zwłoki twórcy poematu o przygodach pana Czorlińsciego postanowiono sprowadzić do Gdyni i uroczyście tam pochować. Chciano, by dzień ich sprowadzenia był nie tylko świętem propagandy morza i Pomorza, ale i dniem popularyzacji utworów tego piewcy kaszubszczyzny. Bowiem kto krzewi dzieła Derdowskiego – popularyzuje tym samym idee polskiego morza18. Zapowiedziano więc oficjalnie, prócz wielkiej manifestacji narodowej również edycję tekstów tego pisarza. Niestety i tym razem skończyło się na dobrych chęciach. Zabrakło energii i jak to u nas bywa – rzecz cała rozbiła się o biurokrację.

Ten najmilszy sercu poeta kaszubski – jak go nazwał zaprzyjaźniony z nim Góral, Józef Watra Przewłocki, powrócił jednak w chwale do Gdyni. Nie w postaci prochów doczesnych, które pozostają nadal w Ameryce, lecz na ustach pielgrzymującego do swej ojczyzny biskupa Rzymu, polskiego papieża, który 11 czerwca 1987 roku wypowiedział z wzniesionego ołtarza słynny czterowiersz Derdowskiego. Jan Paweł II cytował go po kaszubsku.

V. Z panem Czorlińscim po raz szósty

Kiedy pod koniec roku 1879 toruński „Przyjaciel” (nr 51) rozpoczynał drukować poemat Derdowskiego, nazwisko jego autora znane było jedynie nielicznym miłośnikom talentu naszego „łgarza”. Kolejne fragmenty jego dzieła ukazywały się na łamach tej gazety już w roku 1880 (nr-y 1-3, 5-6, 8, 10 i 13), wzbudzając zrozumiała konsternację. Czytelnicy obeznani z literaturą narodową mieli świadomość, iż oto Derdowski odważył się, jako pierwszy w Polsce, uczynić z dialektu (wówczas mówiono – narzecza) główny środek wypowiedzi artystycznej.

Tym, którzy mieli pojęcie o slinym zróżnicowaniu wewnętrznym kaszubszczyzny („polaszącej” na południu regionu i archaicznej na północy), eksperyment Derdowskiego wydawał się wręcz nierealny. Wciąż jeszcze pokutowało bowiem przekonanie, że na Kaszubach mówią w każdej parafii inaczej, a zatem niemożliwe jest pogodzenie wszystkich tych odmian lokalnych języka kaszubskiego. Szukając jakiegoś rozwiązania kompromisowego młody Derdowski zdecydował się wprowadzić do swego utworu mowę, którą posługują się mieszkańcy okolic Chmielna, a więc tej miescowości, z której pochodził jego pan Czorlińsci. W przekonaniu autora stanowiła ona jakiś wariant pośredni między północną i południową odmianą kaszubszczyzny.

Tuż przed ukazaniem się książkowej edycji poematu, anonsując ją serdecznie ewentualnym jej nabywcom, tłumaczył poeta, że chmielniczana uzna za swojego ziomka tak dobrze Kaszuba spod Wiela, Borzyszków i Komarzyn, jak Kaszuba spod Żarnowca, Swarzewa i Pucka. (…) Chciał snadź – powiada dalej – w ten sposób stworzyć jedność w narzeczu kaszubskim, nadać mu taką formę aby każdy Kaszuba uznał to za swoją mowę i zrozumiał książkę tak napisaną19 (podkr. J. S.).

Po latach wybitni dialektolodzy polscy wykaża, że optymizm poety był zbyt pochopny, a jego starania nie w pełni jednak udane. Dowiodła tego Hanna Popowska w pracy „O panu Czorlińscim co do Pucka po sece jachoł” jako próba stworzenia kaszubskiego języka literackiego20. Zresztą już w roku 1911 Aleksander Majkowski zauważył, że język utworów Derdowskiego to narzecze zaborskie, jaki mówi lud m. in. we Wielu – rodzinnej wiosce poety. A więc kaszybszczyzna południowa, znacznie bliższa polszczyźnie literackiej niż jej północna odmiana. Ważne jednak, że autor dostrzegał już wówczas potrzebne ujednolicenia mowy szczepowej Kaszubów tak, by jako środek wypowiedzi artystycznej mogła zostać zaakceptowana przez wszystkich.

Z tych samych powodów świadomie odrzucił udziwioną pisownie Floriana Ceynowy. U Derdowskiego jest ona fonetyczna, dźwiękowa, pozbawiona niezrozumiałych dla laika znaków diakrytycznych. Autor stara się we wszystkich swych tekstach kaszubskich pisać każde słowo tak, jak się je wymawia, przy czym odwołuje się do liter z alfabetu polskiego. Mają wprawdzie niektóre głoski np. „a”, „e”, „o” po kilka odrębnych brzmień w narzeczu kaszubskim, które zwykle pisarze kaszubscy odrębnymi akcentami nazywają, ale taka pisownia odstrasza lud od czytania, więc woleliśmy się chwycić prostszego sposobu. Wszakże i Anglicy dają sobie radę bez akcentów na literach, choć u nich głoska „e” ma brzmień aż 5, „a” zaś brzmień 821.

Pierwsze wydanie książkowe przygód pana Czorlińsciego ukazało się jesienią 1880 roku. Zapowiadana przez autora cała greba ksążka okazała się niewielką książeczką (140 str., 16°), w której prócz składającego się z trzech ksiąg tekstu zamieścił autor także słowniczek prowincjonalizmów kaszubskich, komentarz Niektóre właściwości narzecza kaszubskiego i Szkic geograficzny Kaszub. Oczywyście tekst podstawowy poprzedza dedykacja Józwowi Ignacemu Kraszewskiemu (6 strof). Na okładce zaś znajdujemy informację: Smara Józwa Buszczyńskiego, drukorza w Toruniu.

Ta sama oficyna toruńska, kierowana w roku 1911 przez Seweryna Buszczyńskiego (syna Józefa), wydrukowała poemat po raz drugi trzydzieści jeden lat później. Książkę wydała redakcja „Gryfa”. Tekst, zgodny z pierwszym wydaniem, przygotował do druku Franciszek Sędzicki. Zamieszczono tam zdjęcie Derdowskiego oraz szkic krytyczno-literacki Aleksandra Majkowskiego.

Reedycja miała zapoczątkować serię Pisma Jarosza Derdowskiego i pomyślana została jako jej pierwszy tom. Poza niewielkimi poprawkami (wyraźnie zaznaczono je w tekście) dotyczącymi kilkunastu błędów drukarskich pierwodruku, tekst dzieła powtarzano bez zmian. Mimo iż redakcja „Gryfa” dokonała w tym czasie reformy pisowni kaszubskiej (pracę tę powierzono Friedrichowi Lorentzowi), Młodokaszubi uszanowali tekst oryginału.

Tak uczyniono też w roku 1934, gdy poemat ukazał się po raz trzeci. Tekst został wówczas wydany przez ks. Józefa Wryczę, nakładem księgarni w Pelplinie i wydrukowany w drukarni tczewskiej22. Z nieznanych nam bliżej powodów pominięto tam poprzedzającą poemat „inwokacje” skierowaną przez autora do Józefa Ignacego Kraszewskiego, uwzględniono zaś wszystkie poprawki naniesione przez Franciszka Sędzickiego już w II wydaniu.

Nie ma chyba przesady w stwierdzeniu, iż wznowienie eposu Derdowskiego wówczas, gdy tyle mówiło się w Polsce o potrzebie popularyzacji spuścizny literackiej naszego pisarza, było niejako drugim pomnikiem wystawionym poecie z Wiela przez ks. Wryczę. Okazał się on nawet trwalszy od tego, który mieszkańcy jego rodzinnej wioski, na czele ze swym proboszczem wystawili mu w roku 1930. Ten pierwszy już na początku II wojny światowej częściowo został zburzony, w części zaś ukryty przed okupantem. Trzeba było czekać aż do 1957 roku, by odbudowany, został on na nowo odsłonięty. Ów pamiętny dzień 18 sierpnia był jedną z największych manifestacji kaszubskich, jakie kiedykolwiek miały miejsce na Pomorzu. Skromna zaś książka przetrwała czasy klęski, upokorzenia i pogardy, dodając wciąż otuchy i wiary w nadejście lepszej rzeczywistości tak dla małej, jak i wielkiej ojczyzny jej czytelników.

Niewiele wiemy wciąż o wysokości nakładów trzech kolejnych wydań poematu o przygodach pana Czorlińsciego. Trudno też, z perspektywy minionych lat, oszacować, jakie było zapotrzebowanie czytelnicze na tę pozycję. Wiadomo np., że jeszcze na początku lat dwudziestych redakcja „Gryfa” rozesłała egzemplarze II wydania (1911) swym prenumeratorom, jako rodzaj ekwiwalentu za niewydrukowane numery czasopisma.

Minęło aż dwadzieścia lat między edycją ks. Wryczy a pierwszym powojennym wznowieniem poematu. Ukazało się ono, nakładem Wydawnictwa Morskiego w Gdyni, dopiero w roku 1960. To czwarte wydanie opracował Leon Roppel, który jest też autorem obszernego Słowa wstępnego. Edytor zaryzykował wprowadzenie nowej, całkowicie obcej intencjom Derdowskiego pisowni kaszubskiej, stosując m. in. znaki takie, jak: „ô”, „ë”, „é”. Zastąpił cząsteczkę „ki” poprzez „ci”, głoskę „ł” gdzieniegdzie belockim „l”, niekiedy zaś zamiast „e” użył „y” lub też „i” (w zależności od kontekstu), bądź pozostał przy spotykanym w oryginale „ie” itd. Oto dla przykładu w tekście pierwotnym pisze Derdowski: Dzeko swenia i przejozd do kaszubsci stolice, natomiast w wersji Leona Roppla brzmi to: Dzëkô swinia i przëjôzd do kaszubsciej stolicë.

Taka metoda zastosowana w odniesieniu do dzieła, które dziś zaliczamy do klasyki literatury kaszubskiej, wydaje się dyskusyjna, jej rezultat zaś z uwagi na to, że wprowadzone przez edytora innowacje i tak już nie odpowiadają obowiązującym obecnie zasadom pisowni kaszubskiej – wątpliwy. To pierwsze powojenne wydanie książki O panu Czorlinscim co do Pucka po sece jachoł drukowano w niewielkim, bo liczącym zaledwie nieco ponad 1200 egzemplarzy nakładzie.

W roku 1976, wykorzystując tamtą edycję, książkę wznowiła oficyna Oddziału Gdańskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w sporym, bo aż czterotysięcznym nakładzie, który rozszedł się nadspodziewanie szybko. W owym piątym już wydaniu poematu pominięto Słowo wstępne L. Roppla oraz tekst sześciozwrotkowej dedykacji.

Wydając obecnie opowieść O panu Czorlińscim… po raz szósty chcieliśmy uniknąć nieporozumień, przeto sięgamy znów do pierwszej pisowni Hieronima Derdowskiego, przytaczmy też w całości poprzedzającą trzy Księgi dedykację [w wydaniu które posiadamy tej dedykacji nie ma. – Redakcja Biblioteki Rastko-Kaszuby]. Mamy nadzieje, iż obecny nakład, z pewnością najwyższy z dotychczasowych, sprawi, że pan Czorlińsci znany będzie jeszcze lepiej niż dotąd, a jego barwne przygody bawić będą nie tylko kolejną generację czytelników z Kaszub, ale i innych regionów naszego kraju.


1B. Stelmachowska, Stosunek Kaszub do Polski, Toruń 1932, s. 8.
2K. Pernin, Wanderungen durch die sogenannte Kaszubei und die Tuchler Heide, Gdańsk 1886, s. 208.
3Podaje za: O. Kolberg, Dzieła wszystkie, t. 39, Pomorze, Wrocław 1965, s. 322-323.
4(b.a.), Kaszuby, “Dziennik Poznański” 1860, nr 44-46.
5Oskar Kolberg przybył na Kaszuby w roku 1875.
6J. Papłoński, Listy z zagranicy, „Gazeta Warszawska”, 1856, nr 204.
7H. Derdowski, Pisma prozą, opr. A. Bukowski, Kartuzy 1939, s. 41.
8Zob. Słownik folkloru polskiego, pod red. J. Krzyżanowskiego, Warszawa 1965, s. 78.
9J. Karnowski, Geneza Pana Czorlińsciego, Mestwin 1928, nr 2.
10Oryginały cytowanych listów znajdują się w Bibliotece Jagiellońskiej, zob. Korespondencja J. I. Kraszewskiego, t. 35.
11J. Łęgowski, Wspomnienie o Derdowskim, „Mestwin” 1926, nr 10.
12H. Derdowski, O pani Czorlińscim co do Pucka po sece jachoł, Kościerzyna 1911, zob. Szkic literacki A. Majkowskiego, s. XV.
13H. Derdowski, O Kaszubach, „Przegląd Polski” 1883, t. 1, s. 360.
14Zob. „Gwiazda. Kalendarz Peterburski”, R. 1882.
15J. W. P., Wspomnienie o Hieronimie Derdowskim, „Latarnia Morska”, 1934, nr 1, s. 7.
16H. Derdowski, O panu Czorlinscim co do Pucka po sece jachoł, Kościerzyna 1911, s. XIII.
17Zob. „Gryf” 1934, R. IX, nr 3, s. 39-40.
18S. Zetowski, Czy utwory Derdowskiego cieszą się poczytnością?, „Latarnia Morska” 1935, nr 1.
19H. Derdowski, O panu Czorlinscim co do Pucka po sece jachoł, „Przyjaciel” 1880, nr 45-46.
20Zob. „Język Polski”, 1958, nr 1-2, s. 21-27.
21J. Derdowski, Nórcyk laszubści…, Winona 1897, s. 27.
22Według K. Ostrowskiego autorem Wstępu do wydania III jest Józef Watra-Przewłocki, zob. K. Ostrowski, W stulecie epopei Derdowskiego, „Pomerania” 1980, nr 7, s. 4.

Објављено под Уметност / Sztuka / Kùńszt / Kunst / Art | Коментари су искључени на H. Derdowski: O Panu Czorlińscim co do Pucka po sece jachoł (przedmowa J. Sampa) [cdn]

Pomerania V 2007: spis treści

Pomerania V 2007

2. Listy

Gmina Luzino chce cokolwiek zmienić swój herb. Janusz Kowalski zakwestionował w „Pomeranii” (nr 3/2007, s. 3) to, że władze gminy zwróciły się w tej sprawie do ministerialnej, więc de facto warszawskiej, Komisji Heraldycznej.
W tym samym numerze „Pomeranii” odpowiedział J. Kowalskiemu Marek Adamkowicz, wychwalając wspomnianą Komisję Heraldyczną, będącą „gremium [które] – jak napisał – stanowią, bądź co bądź, naukowcy” i mówiąc, że powołanie tej komisji „nastąpiło w roku 2000, czyli… zdecydowanie za późno”. A dlatego za późno, bo wcześniej gminy samowolnie ustanawiały sobie herby będące „śmieciami w rodzaju uroczych landszafcików czy swoistych logo pokrewnych znakom towarowym”. M. Adamkowicz przywołał herby Krynicy Morskiej, Skórcza i Dragacza, więc gmin spoza Kaszub. Równocześnie nie podał, dlaczego heraldycy kaszubscy, o których pisał J. Kowalski (np. kaszubscy profesorowie historii z UG) mniej się nadają do zajmowania się herbami gmin kaszubskich niż ministerialni naukowcy warszawscy.

4. Iwona Joć, Moda w etnicznym klimacie

9. Tomasz Żuroch-Piechowski, Łże-Kaszuba (felieton)

„Marzec to nie najlepszy czas na świętowanie”, słyszałem gdy pojawił się pomysł uczczenia naszej obecności w źródłach historycznych, dziś obchodzony jako Dzień Jedności Kaszubów. Jednak i w tym roku aura po raz kolejny nie przeszkodziła kilku setkom Kaszubów, którzy w pochmurny dzień stanęli pod gdańskim Madisonem, gdzie odsłonięto tablicę upamiętniającą dawny Kaschubischer Markt, czyli Targ Kaszubski. Wzruszyłem się, gdy pośród nas ujrzałem posła Jacka Kurskiego. Natychmiast przypomniał mi się cytat z księgi Hioba o synach Bożych, którzy stanęli przez Panem, a „między nimi był i szatan”. Nie mam zamiaru demonizować postaci, której braki w wykształceniu historycznym budzić mogą co najwyżej uśmiech politowania. Biblijną analogię przywołałem jedynie po to, by zasygnalizować, że status owego gościa (?) był dla mnie równie nieokreślony, jak status upadłego anioła. Kurskiemu do anioła daleko, a pośród kaszubskie baranki mógł się zaplątać jedynie w wilczej skórze.

10. Jacek Borkowicz, Przymierze Kaszubów z Polską – odczytanie symbolu

Dux Cassubiae – Książę Kaszubski. Takim tytułem określa papież Grzegorz IX w swojej bulli, wystawionej 19 marca 1238 roku, dwóch nieżyjących już w owym czasie władców pomorskich: Bogusława I oraz jego syna Bogusława II. Dla historyków fakt ten ma znaczenie o tyle, że jest to pierwsze znane pojawienie się nazwy „Kaszuby” w piśmiennictwie. Jednak dla samych Kaszubów, którzy dzień 19 marca postanowili uczynić swoim świętem, tamto wydarzenie sprzed prawie 770 lat jest czymś więcej – jest symbolem. Oto głowa chrześcijańskiego universum, uznając tytuł książęcy władcy Cassubii, tym samym niejako potwierdza godność ludu, nad którym władca ten panuje. Papież robi to, wymieniając w oficjalnym łacińskim dokumencie krainę Kaszubów pod jej nazwą własną, jaką zapewne już wtedy sami Kaszubi określali na co dzień ziemię pomorską.
Dzisiaj możemy powiedzieć, że lud o tak starej i szacownej metryce nie może być uznawany tylko za „materiał etnograficzny”. Stanowi on pełnoprawny składnik europejskiej wspólnoty kultur, dlatego też pamięć o tamtym odległym w czasie wydarzeniu przechowywana jest przez Kaszubów z pietyzmem, tak jak z troską przechowywane są przez ludzi w sile wieku ich świadectwa dojrzałości.

12. Andrzej Mróz, Siedem wieków Pszczółek

Mieszkańcy Pszczółek żyją nie byle jakim jubileuszem – siedemsetlecia pojawienia się wsi na kartach historii. Obchody rocznicy już się zaczęły i nabierają tempa.
Według przekazów ustnych wszystko miało się swój początek w oddalonym o ponad 70 kilometrów od Pszczółek… Pucku. Żył tam mnich, który bronił osadników przed morskimi rozbójnikami. Niestety, został przez nich porwany, ale na szczęście jego niewola nie trwała długo. Rozszalałe morze pochłonęło napastników i… ocaliło mnicha. Mniej sprzyjający okazał się los dla będących w tym czasie na morzu słowiańskich i pruskich rybaków. Fale wyrzuciły ich daleko od domów, w pobliżu ujścia Bielawki, rzeki przepływającej przez Pszczółki, gdzie przed wiekami sięgały wody Bałtyku. Miejsce to ochrzcili mianem Przyczółka. Po latach nazwa ta przekształciła się w „Pszczółek”, a następnie w „Pszczółki”.
Bardziej precyzyjnie o początkach osady mówią źródła pisane – w cysterskich archiwach znaleźć można opis transakcji jakiej dokonano w 1307 roku z władcą Pomorza. Ówczesny Psolin powiększył dobra opackie, podobnie jak 69 wsi, które stały się własnością zakonu. Pierwszego sołtysa wybrano tam 28 lat później, już za krzyżackiego „zaboru”.

13. Anna Flisikowska, Franciszek Fenikowski wśród gdańskich literatów

17. Roman Landowski, Recenzent moich książek

Na wstępie wspomnieć muszę o organizowanych w latach 60. i 70. – w ramach Dni Kultury, Książki i Prasy – majowych kiermaszach książki, dzięki którym czytelnicy w różnych miastach mogli spotkać się, poznać i porozmawiać ze swoimi ulubionymi autorami. W Tczewie kilkakrotnie przebywali najbardziej znani pisarze gdańscy, m.in. Bolesław Fac, Franciszek Fenikowski, Stanisława Fleszarowa-Muskat, Zbigniew Jankowski, Augustyn Necel, Andrzej Perepeczko, Jan Piepka, Kazimierz Radowicz, Zbigniew Szymański, Andrzej Twerdochlib i, oczywście, Lech Bądkowski.
Bądkowski był w Tczewie na pewno w roku 1974 i 1975. Pamiątką po jego obecności na kiermaszu jest w mojej bibliotece powieść „Połów nadziei”, której drugie, jeszcze ciepłe, wydanie leżało na stolikach wystawców. W egzemplarzu tym znajduje się skreślona ręką autora dedykacja: „Romanowi Landowskiemu, z życzeniami powodzenia w pisaniu legend kociewskich – Lech Bądkowski. Tczew. 5.5.1974”.

20. Łukasz Grzędzicki, Po warsztatach Remusowa Kara 2007

Od 22 do 25 marca w Wieżycy odbywały się Warsztaty Regionalne „Remusowa Kara 2007”. Są one kontynuacją zainicjowanego w minionym roku przedsięwzięcia, mającego na celu rozbudzenie zainteresowania młodzieży językiem, kulturą i programem kaszubskiego ruchu etniczno-regionalnego. Zgodnie z założeniami, osoby biorące w nich udział miały otrzymać możliwość poznania i zgłębienia, wspólnie ze swoimi rówieśnikami, specyfiki Kaszub oraz wymiany poglądów na temat kierunków przemian zachodzących w tym regionie. W wieżyckich warsztatach udział wzięło 30 uczniów szkół średnich i studentów, którzy wyłonieni zostali w drodze kwalifikacji. Przy doborze uczestników warsztatów pod uwagę brano ich dotychczasową aktywność społeczną.

21. Kow., Spływ Remusa

XXII Kaszubski Spływ Kajakowy „Śladami Remusa” (7-15 lipca br.) przebiegać będzie Zbrzycą i środkową Brdą z Somin do Woziwody. Szczegóły o przedsięwzięciu podane zostały w numerze 4 „Pomeranii”, w tym powtarzamy informacje organizacyjne.
Wpisowe normalne wynosi 250 zł, zniżkowe – 200 zł (w tym 22 % VAT). Opłaty te pokrywają m.in. ubezpieczenia osób, codzienne posiłki, przewozy bagaży między biwakami, opłaty za biwakowania i koszty imprez kulturalnych. Zniżka przysługuje członkom ZKP, KT „Wanożnik” i SK „Wodniak”, z opłaconymi składkami członkowskimi do 2007 r., studentom i uczniom. Zniżka nie obejmuje osób z zagranicy. Wpisowe może zostać zwrócone po pisemnej rezygnacji z udziału w spływie dokonanej do 4 VII.

22. Andrzej Grzyb, Skacząc po tematach (felieton)

23. Jaromir Schroeder, Zmierzch teatralnej biesiady?

„Wyobraźnia, zawsze przestrzenna, wskazuje na północ, południe, wschód i zachód od pewnego centralnego, uprzywilejowanego miejsca, którym jest przypuszczalnie wioska naszego dzieciństwa…” – powiadał Czesław Milosz.
Dlaczego tutaj właśnie się to zdarzało? Którędy prowadzą drogi, pajęczyna dróg i bezdroży, które przywiodły do tego miejsca tak wiele niecodziennych zdarzeń? Na te i inne pytania dotyczące historii Biesiady Teatralnej w Parchowie oraz projektów z niej zrodzonych odpowiedzi może być wiele. Z pewnością jednak żadna z nich nie da pełnego obrazu tego zjawiska.
Na temat Biesiady Teatralnej powstały prace licencjackie, opracowania opisowe i badawcze studentów uczelni z Gdańska, Słupska, Poznania, Szczecina czy Warszawy. Zrealizowano też materiały filmowe, radiowe, pisano w wielu gazetach i czasopismach lokalnych, regionalnych, ogólnopolskich i zagranicznych. Czy jednak udało się tam odkryć istotę tych zdarzeń? Autorzy większości tych materiałów dołożyli wielu starań, żeby tak się stało. Ale sądzę, że pewna tajemnica do dziś nie została odkryta. I może tak lepiej, może lepiej jej nie dociekać… Niech tak już pozostanie.

25. Kazimierz Ostrowski, Niebieski zakazany (felieton)

26. Magdalena I. Sacha, Albrecht hr. von Krockow (1913-2007)

Przed wyjazdem do szpitala uporządkował biurko w swoim domu w Föhren, na wierzchu zostawiając notes z adresami przyjaciół na Kaszubach oraz kartkę z własnoręczną notatką: „Albrecht Otto Ernst Graf von Krockow, 2.09.1913-?, motto ze chrztu: »Są rzeczy, które się czyni, i są rzeczy, których się nie robi. «” Tę kartkę znajdzie jego syn Ulrich, już po jego odejściu, 28 marca 2007 roku.
Albrecht, trzeci syn Heddy i Döringa urodził się w majątku swoich rodziców w Krokowej. W miejscowości tej ukończył polską szkołę powszechną, zaś w Sopocie niemieckie gimnazjum. Potem studiował w Heidelbergu. Od dziecka zafascynowany pracą na roli, wprawiał się w zarządzaniu majątkiem dziadków von Belowów, do których należało Rzucewo ze wspaniałym, neogotyckim pałacem oraz Sławutówko z uroczym zameczkiem myśliwskim.

27. Jacek Tylicki, Aspekty obyczajowe i naukowe w rysunkach i miniaturach artystów gdańskich XVI i XVII wieku

35. Jerzy Dąbrowa-Januszewski, Polski wywiad na międzywojennym Pomorzu (felieton)

Niemcy w propagandzie okresu międzywojennego, w momentach szczególnej hipokryzji, nazywali pomorską granicę „krwawiącą”, bo „nękaną przez Polaków”. Kaszubi z położonych przy niej miejscowości mówili natomiast o „wersalskiej krzywdzie”. Bo w wielu przydzielonych Rzeszy wsiach, np. na ziemi bytowskiej, stanowili oni większość, choć sporo z nich zmieniło wyznanie na ewangelickie. Bez pytania uznano ich za Niemców, pokrzykiwano o bezprawnych gestach „rewizjonistycznych Polaków i Kaszubów” i o „przelewanej niemieckiej krwi”. Swoje „odwieczne prawa” do tych terenów głosiły kombatanckie bojówki Stahlhelmu (Stalowy Hełm), podpalając wiejskie świetlice, niszcząc inne miejsca spotkań organizującej się ludności kaszubskiej. Ci, którym bliska była polskość domagali się własnych szkół. Po 1929 r. cztery takie utworzono przy wsparciu Związku Polaków w Niemczech.

36. Grzegorz Gola, Tuga – zapomniany szlak wodny

38. Zbigniew Jankowski, Reminescencje (1)

Już nie dziwię się ludziom, którzy żyli na pograniczu kilku dziejowych okresów, na przestrzeni XIX i XX wieku. Ich myślenie dopiero musiało być rozdarte i pełne zdumienia… Jeżeli ja, rocznik połowy XX wieku, nie wiem jak reagować na szybko zachodzące w trakcie mego życia zmiany – a miałem tylko PRL, III RP i teraz mam Alternatywy IV – to jak reagowali ludzie, którzy urodzili się nie w Polsce (była pod zaborami), a przeżyli pierwszą wojnę światową (Kaszubi w pruskich mundurach), odzyskali na lat dwadzieścia kilka niepodległość, w której żarły się w Sejmie stronnictwa czy ugrupowania, którzy poznali osobowość Marszałka, przeżyli drugą wojnę (Kaszubi w niemieckich mundurach) i, nie daj Boże (a niektórym było to dane), dożyli światła Słońca ze wschodu?
Dziwnym zbiegiem okoliczności jestestwo moje, po powrocie z pielgrzymki Kaszubów do Ziemi Świętej w 2000 roku, zapragnęło napisania wiersza. Po kilku tygodniach powstała „Prôwda” („Prawda”). „I tak to się zaczęło…”

39. Maria Roszak, Szczanście

Ide se bez wieś abo bez miasto i ino widza take nadurszałe munie. Dziwia sia: wojny nima, huragan nié przelejtał, powodzi tyż nié pamniantam w ostatnim mniasióncu. A óni czaczniejóm i czaczniejóm, non stop jakby ich co barzo ciupiało, wszystko ciangam take zabuczałe! Jakby boże rany bez cały rok derowali.
A przecie sia darzy, nié wjidzita? Co to za mankolije? Słoneczko sia łasi do nas, łuczek spode ziamni sia karaska, na kulisach zajki klaprotajóm se i robióm zajancze kipki – opałki. Wszytke zwierzóntka gełchajóm sia, a ludziska ciangam ino gnerajóm. I to każden jedan: młody i stary, wyglandny i oblader, zgrabny i niweka, mlekarz i szprach, puklaty i prosty, łysy i kudlón, puca i glizdra! Co wy za morty, ludziska, mata, że ino non stop zjadowieni łazita i zmarachowani jak take zdechlóny zawdy?

40. (am), 50 lat Akademii Muzycznej w Gdańsku

42. Lektury

44. Klëka

50. Kow., Informator regionalny

52. Rómk Drzeżdżónk, Tradicjô, cywilizacëjô a globalizacëjô (felieton)

Nie wiém jak terô w szkòłach je, ale jak jô béł ùnuzlónym szkòlôkã, to szkólnô czasã sã naju tak pitała:
– Jak wa mëszlita, dze sã lepi żëje: w miesce czë na wsë?
Më sedzelë ùrzasłi w nëch cwiardëch, drzewianëch łôwkach a główkòwalë, co bë nó to filozoficzné pëtanié òdrzec. Jeden na drëdżégò pòdzérôł, szkólnô grozno sã na naju zdrza ë liniałką w òtemkłą rãkã bijącë do mëszleniô rëchlëła. W kùńcu chtos rzekł, że w na wsë mùszi bëc fejn, bò më doch na wsë żëjemë. Jinszi gôdôł, że më tu mómë kùrë, kaczczi, psë ë kòtë, lasë, łączi ë kwiôtczi. Zôs syn bògatégò gbùra cwierdzëł, że w miesce bë nie szło swiniów chòwac, bò bë sã na balkónie nie zmieszczëłë, a më, wiesczi, mómë swiéżé miãso prosto z chléwa. Prôwda: swiéżé mlékò, swiéżé jaje, swiéżą ògrodowiznã, swiéżé brzadë, swiéżi, chòc krowim a swinim pùrtanim zasmiardłi, lëft mómë – krzikalë më jeden bez drëdżégò.

Коментари су искључени на Pomerania V 2007: spis treści

Orzechë do ucechë (zagadki kaszubskie) [cdn]

Orzechë do ucechë abo pół tësąca kaszëbsczich zagôdk

[ułożył]

Piętów Tóna

Zagadki kaszubskie

1. Porenë jidze ne sztërech, w pôłnie na dwóch a o wieczór na trzech nogach. Co to je?
Człowiek.

2. Są dwa słupë, na tëch słupach beczka, na tyj beczce kam, na tym kamieniu las, a w tym lese są stworzenia.
Człowiek.

3. Co bë sę rôd chcało, kiéj sę je młody, a czego bë sę znowu rôd chcało, kiéj sę je starszy?
Kiéj sę je młody, chcało bë sę bëc starszy. Kiéj sę je starszy, to chcało bë sę bëc młodszy.

4. Jakima oczama zdrzysz na napadającégo na cę psa?
Tyma samyma, co na człowieka.

5. Kiedë człowiek ni może z łóżka wstac?
Kiéj w nim nie leży.

6. Jakuż gbur draszëje nôlepij?
Kiéj trzymô cepiszcze w rękach.

7. Cëż gburowi zakôzóné sprzedawac?
To, co mu nie słëchô /To, co nie posiada/.

8.
W gnôcanyj klôtce stuk, stuk, stuk,
bije młoteczk puk, puk, puk,
a kiéj bic przestanie
nastąpi konanie.
Serce.

9. Chto wszëtko czëje a nick nie gôdô?
Uszë.

10. Wszëtko sama zjôdô a swojim sąsadóm nick nie ostôwiô.
Gęba.

11. Co je przë jedzeniu nôpotrzebniészé?
Gęba.

12. Co stworzył Pón Bóg w obliczu wszëtkich lëdzy?
Nos.

12a. Jakié nosë mają szlachcëce?
Lëdzkié nosë.

13. Wëżymô oczë – a woda lecy.
Łza.

13a.
Choć radości i wesela bliska,
Chęściej ją jednak boleść lub smutek wyciska.
Najpiękniejsza, gdy najmniej okazać się rada,
Źródło swoje ma w sercu i do serca wpada.
Łza.

14. Chto cë trzymô głowę?
Kark.

14a.
Mocną mam budowę,
Boć ja noszę głowę,
Lecz gdy wspak przeczytasz,
To księcia powitasz,
Co w Polsce panował
I miasto zbudował.
Kark.

15.
Wisy wisora, klęczy klęczora,
Klęczora bë rôd, co bë wisora spôdł,
Co bë klęczora wisorę zjôdł.
Dzecko i wisznia.

16.
Wisy wisarek, krący krącarek,
Jakbë wisarek spôdł, krącerak bë go zjôdł.
Kiełbasa i kot.

16a.
Wisy, wisy wisarek, klęczy, klęczy klęczarek,
Wisarek spôdł, klęczarek zjôdł.
Kiełbasa i kot.

17.
Wezdrze na mie, wlezë na mie,
Mie mdze lżyj, a tobie lepij.
Drzewo owocowe i człowiek

18.
Jô sedzę i jém; cos od mie leży i téż jé;
nadë mną téż cos jé a pode mną téż cos jé.
Białka sedzy na drzewie i je wisznie, jij dzecko cëcô /ssie/, nad nią sedzy ptôch i téż jé, pod nią leży swinia.

19. Jakô je różnica miedze swinią a człowiekem?
Swinia rodzy sę swinią i zdychô swinią, a człowiek rodzy sę człowiekiem a może zdechnąc ja swinia.

20.
Nôprzód pierz, póznij czesz,
A jesz póznij dopłec komu,
Co bë wzął smierdzela z domu.
Nierobné dzéwczę.

21. Co wojewoda widzy rzôdko, starosta częszczij a gbur co dzéń?
Kolegą.

22. Kiedë król stoji na jednij nodze?
Kiéj na konia sôdô.

23. Jedna starëszka rzekła do swojij córki: „Moja córko, powiédz swojij córce, żebëjij córka nie przebudzała swojij córki. Czym bëła ta starëszka dlô spiącéj?
Praprababką.

24. Jakié je podobieństwo miedze starką a wróblem?
Starka robi na drótach a wróbel téż.

25. Dwóch ojców i dwóch sënów zabiło na jachce trzë zajce, a jednak każdy z nich przëniósł dodóm jednégo. Jak to sę mogło stac?
Ojc, syn i wnuk.

26. Szedł brat ze sostrą i chłop z białką i nalezlë sztërë jabłka pod jabłonką. Każdé wzęło po jednym jabłku, a jednak jedno jesz ostało. Jak to sę stało?
Jich bëło troje: sostra bëła białką chłopa.

27.
Złapôł chłop swinię za uszë,
puscył ję w zemię i rëje.
Po łësënie przëgłôskuje kijem,
A tak wrzasnie, z pëtsza trzasnie
Ë zaspiéwô: Oj dana.
A tak chodzy, swinkę wodzy
Do wieczora od rena.
A kiéj dodóm – uszë spuscył, ogon ucął,
Ë swinka nie rzekła ani pikla.
Pług i orôcz.

28.
Z przódku żëwé mięso,
z tëłu żëwé mięso,
a westrzód żelazo
ë drewno sę trzęsą.
Konie, pług i orôcz.

29. Kiedë Kura je na połowie?
Kiéj sę bez okno wëchyli.

29a. Kiedë młënôrz je na połowie?
Kiedë sedzy na grzędze.

30. Bez czego piekôrz nie upiecze chleba?
Bez skórki.

31. Czemu niejeden piekôrz wikszé bulë piecze?
Bo do nij wicyj mąki bierze.

32.
Biôły bez czerwiony do zapychô,
czôrny – modrawému drogę przpychô
zebë czerwiony modrawym dobrze oddychôł.
Jak czerwiony lëcho nagrzeje,
to bruny bez blënë nie je.
Biôły – piekôrz; Czôrny – kominôrz, Modry – dym; Czerwiony – ogiń; Bruny – chléb; Glëna – zakalc.

33. Jedze nié wozem, smagô nié pëtszem, krący bez dyszla.
Rëbôk w czółnie.

34. Przëjachôł pón i furmon ale w jednij osobie a przë tym rëchôł piórem jadąc, choc nie béł pisôrz.
Rëbok w wodze rëchôł wiosłem, chtërno mô pióro.

35. Jedze nié wozem, machô nié batogiem, łapie nié zwierzę, rzucô nié gnôtë, jé nié mięso.
Rëbok biegnie /jedze/ czółnem, rëchô wiosłem, łowi i jé rëbë a odrzucô szczeżle /ości/.

36. Wiele ryb wéńdze na trzëmétrowy kôn?
Żódna rëba sama nie wéńdze w łódz, /bo nimô nóg/ a trzeba ję złowic.

37. Jakié głëpstwo robi rëbôk westrzód nôwikszij wodë, kiéj rëbë łowi?
Plwie /spluwa/ sobie w ręce.

38. Na co są bocani gniôzda na masztach?
A skąd bë sę wzęlë rëbôce na swiece?

39. Choc skrzydła mô płótniané, jednak przë jich pomocë oblecëc może.
Łódka z żaglem.

39a. Biegô z wiatrem, choc skrzydła mô z płótna.
[autor nie roztrzygnął zagadkę: Łódka z żagłem.]

40. Chto mô wielgi majątk, kiéj mô pôrę bôtów?
Rëbôk, co mô dwa bôtë /czółna/ je bogaty.

41.
Kiéj rëbôcë jidą w morze, téj one „chodzą”,
kiéj rëbôcë sedzą w chëczë, téj one „stoją”.
Wędzarnie.

42. Czemu są w jadrach dzurë?
Kiéj bë nie bëło dzur, nie bëło bë téż jader /sieci/.

43.
Wisy na sztrządze,
Stoji na grądze,
Je slepô, choc mô niejedno oko
Choc ręki nimô
/Rëbë przëjimô,
ob dzéń i ob noc/
służy rëbôkóm.
Jadra.

44.
Dzurawé, kiéj nowé,
Dzurawé, kiéj stôré,
Dzurawé, kiéj całé,
Dzurawé, kiéj podzarté.
Jadra.

44a. Dzura kole dzurë – a trzymô.
Jadra abo téż rzeszoto.

45.
Bierze branka, cignie panka,
Téj pank cignie, brankę dwignie i do
kosza smignie.
Rëba bierze nętę i cignie rëbôka, ten dwigô rëbę i rzucô ję do węborka.

46. Kiéj stôl nie tonie?
Kiéj sę z nij okręt zbudëje

47. W czase biegu helskim kutrem na Hel gôdają ze sobą dweji chłopi: Helón i Gduńczón. W gôdce wëchodzy, że z tym rejsem jeden z nich przemiérzô Wik /Môłë Morze/ 39 razy, a drëgi 38 razy. Po czym poznajesz, chtëren z nich je rodem z Hélë?
Z Hélë je ten, co 38 razy, bo z tym skuńczonym rejsem będze miôł pôrzëstą liczbę rejsów.

48. Rëbôk miôł jednégo wilka, jednę kozę i open kipę kapustë do przewiezieniô przez rzékę. Jego czółno jednak bëło tak môłé, że on za każdą razą le jedno mógł ladowac. Oprocem tego tak sę muszôł zarëchtowac, że bë e jego nie obecnoscë jedno drëgié nie zeżarło. Jakuż on tę przewózkę wëkonôł?
Pierwszy rôz przewiôzł kozę, drëgi rôz on przewiôzł wilka w wzął kozę nazôd ze sobą. Téj przewiôzł kapustę. Na ostatku przewiôzł jesz rôz kozę.

49. Dwunóg sedzôł na trójnogu i trzymôł jednę nogę. Téj przëszedł czworonóg i chcôł go grëzc. Tedë dwunóg chwôcył trójnog i cësnął ze czwioronogem, że on zemkł.
Szewc sedzôł na szëmlu /na teborecie/ i uprôwiôł bót. Przëszedł pies, szewc wzął trójnóg i rzucył za psem.

50. Dze szewc bótë uprôwiô?
Dze on je podzarty.

Објављено под Народ / Lud / Nôród / Volk / People | Коментари су искључени на Orzechë do ucechë (zagadki kaszubskie) [cdn]